wtorek, 27 grudnia 2011

Daj mi minutkę...


"Nie mam czasu", "czas to pieniądz", "daj mi minutkę", "nie marnuj mojego czasu". Często tak mówimy, bo każdy z nas wie, jak cenny jest czas. Ale jakby wyglądał nasz świat, gdyby te wypowiedzi potraktować dosłownie. O tym właśnie opowiada najnowszy film Andrew Niccola.
Will Salas (Justin Timberlake) ratuje życie pewnemu bogaczowi, a ten w zamian za pomoc daje mu niesamowity prezent: całe 100 lat życia do wykorzystania. W świecie, gdzie czas jest najwyższą walutą taka sytuacja od razu jest podejrzana i Will musi stawić czoła Strażnikowi Czasu (świetny, jak zwykle, Cillian Murphy).
Film Wyścig z czasem porusza ciekawe kwestie związane z pojęciem czasu, ale nie pozostaje niczym więcej, niż filmem akcji, o którym zapomina się po skończonym seansie.

Jednak może warto zwrócić uwagę, jak korzystamy ze swojego czasu i czy często nie jest to czas zmarnowany. Jakby to powiedział Gandalf: All you have to decide is what to do with the time that is given to you.

Postrach nocy


Colin Farrell. Mam problem z tym panem. Uważam, że jest dobrym aktorem, ale większość filmów, w których występuje to kompletne klapy. Tak było z Aleksandrem Olivera Stone'a, tak było z Ondine Neila Jordana, czy z Niepokonanymi Petera Weira. On grał świetnie, ale jakoś filmy przeszły bez echa. Lista na tych trzech tytułach się nie kończy, a można dodać kolejny, czyli Postrach nocy.

Banalna historia, banalny film. Kolejny w stylu "wampiry są wśród nas!". Farrell wciela się właśnie w jednego z tych "strasznych" stworów, wampira Jerry'ego ("Co to za imię dla wampira!"), a pełen wigoru nastolatek ze swoja piękną dziewczyną muszą go pokonać. Banał, banał, banał...

Remake filmu Fright Night z 1985 wypada blado i sztucznie przy swoim oryginale, który zapewne w tamtych latach był choć trochę straszny, a natężenie wampirów w kinie na metr kwadratowy nie przekraczało dopuszczalnego limitu.

Szkoda Farrella, który takimi filmami może zepsuć sobie reputację.

niedziela, 25 grudnia 2011

Święta, Święta...

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia, aby przyniosły spokój,
wypoczynek i czas na sięgnięcie po wymarzona książkę.

Aby Nowy Rok był lepszy od poprzedniego,
przyniósł same pozytywne zmiany,
a każdy odnalazł w sobie siłę na spełnianie swoich marzeń.

czwartek, 22 grudnia 2011

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Opowieść filmowo-książkowa

Przyłączyłam się do zabawy stworzonej przez Lirael, ale okazało się to trudniejsze, niż myślałam. Oto "mój dzień w książkach":

Zaczęłam dzień Wodą dla słoni
W drodze do pracy zobaczyłam Białe noce
i przeszłam obok Heretyckiej królowej,
żeby uniknąć Pożeracza dusz,
ale oczywiście zatrzymałam się przy Opactwie Northanger.
W biurze szef powiedział: Koniec pana Y
i zlecił mi zbadanie Co twój kot próbuje Ci powiedzieć?
W czasie obiadu z Córką polarnika
zauważyłam Biały oleander
pod Księgą ziół .
Potem wróciłam do swojego biurka Nakarmić wilki.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam Krzesło do krępowania,
ponieważ mam Służące
Przygotowując się do snu, wzięłam Księgę innych ludzi
i uczyłam się Magii,
zanim powiedziałam dobranoc Karpentarii.


Druga wersja tej opowieści to wersja filmowa, zbudowana z filmów obejrzanych w 2011 roku:

Zaczęłam dzień Flamenco, flamenco.
W drodze do pracy zobaczyłam Dom snów
i przeszłam obok Hiszpańskiego cyrku,
żeby uniknąć Złej kobiety,
ale oczywiście zatrzymałam się przy City island.
W biurze szef powiedział: Nikt nie rozumie perskich kotów.
i zlecił mi zbadanie Życia Jane.
W czasie obiadu z Thorem
zauważyłam Kieł
pod Wielkim Mike'm .
Potem wróciłam do swojego biurka Młodej Wiktorii.
Następnie, w drodze do domu, kupiłam Drzewo życia
ponieważ mam Małe grzeszki.
Przygotowując się do snu, wzięłam Klucz Sary
i uczyłam się Wszystkiego, co kocham,
zanim powiedziałam dobranoc Dziewczynie w czerwonej pelerynie.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Z miłością w tle...

Zachęcam do kolejnej zabawy związanej z wymianą książek! Do 26 grudnia można zapisywać się jako uczestnik wymiany, stworzyć paczkę-niespodziankę dla wylosowanej osoby, a później już Linktylko czekać na przesyłkę pełną książek! Już dziś zacznę planować, co znajdzie się w mojej paczce! Więcej szczegółów tutaj.

"Co twój kot próbuje Ci powiedzieć?" Arden Moore

"Pies myśli: Człowiek daje mi jedzenie, mieszkam w jego domu, mogę spać w jego łóżku- jest moim bogiem!. Kot myśli: Człowiek daje mi jedzenie, mieszka w moim domu, może spać w moim łóżku- jestem jego bogiem!".

Książka Arden Moore utwierdziła mnie w przekonaniu, że jednak posiadam już jakąś wiedzę dotyczącą kotów. Niewiele aspektów z życia tych cudownych zwierząt poruszanych w tej książce mnie zaskoczyło. Chociaż takie pomysły jak nauczenie kota korzystania z toalety czy puszczenie mu filmu przyrodniczego, żeby pooglądał inne zwierzaki trochę mnie zaintrygowało.
Moore opowiada o podstawowych rzeczach, jeśli chodzi o wychowanie kota, ale robi to w bardzo przystepny sposób. Cała książka ma charakter pytań i odpowiedzi, których Moore kiedyś udzieliła, jako zwierzęcy ekspert. Myślę, że książka świetnie by się sprawdziła jako taki pierwszy przewodnik po kocim charakterze dla kogoś, kto jeszcze nie miau (miał :)) z tymi pięknymi futrzakami nic do czynienia, a pewne zachowania jego ulubieńca wprawiają go w zakłopotanie. Na przykład dlaczego kot goni własny ogon, czemu koty syjamskie lubią ssać wełnę, a abisyńczyki zjadają papier toaletowy? Te i wiele innych intrygujących zachowań mają swoje wyjaśnienie, jeśli nie w behawiorystce, to w aspektach medycznych. Koty naprawdę chcą z nami rozmawiać i robią to w tylko sobie dobrze znany sposób. A my musimy nauczyć się ich słuchać.
A moja Frida, kiedy tylko widziała, że czytam książkę, albo wskakiwała mi na kolana albo wciągała w jakąś szalona zabawę. Co mój kot próbuje mi powiedzieć?


Moja ocena: 7/10

Tytuł: Co twój kot próbuje ci powiedzieć? Poznaj tajemnice kociej psychologii.
Tytuł oryginalny: The cat behaviour answer book: practical insights and proven solutions for your feline questions
Autor: Arden Moore
Ilość stron: 264
Wydawnictwo: Helion, Gliwice 2010

poniedziałek, 5 grudnia 2011

The blind side/ Wielki Mike


"Zadaniem lewego liniowego jest ochrona rozgrywającego przed tym czego nie widzi, a co nadchodzi. Ochrona jego martwego punktu (ang. the blind side)". Nic dziwnego, że nie lada wyczynem było przetłumaczyć na polski tytuł filmu Hancocka. Tytuł Wielki Mike też ma swój urok i nawet oddaje ogólny wydźwięk filmu. A zasady gry w futbol nie są tu jedynym zagmatwanym tematem. Zagmatwana jest sama historia życia Michaela Oher'a, który z bezdomnego Afroamerykanina stał sie gwiazdą sportu. Udało mu sie to wszystko osiagnąć, dzięki pomocy zdeterminowanej Leigh Anne Tuohy, która zajęła się Wielkim Mikem. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby ta historia nie wydarzyła się naprawdę. Rodzina Tuohy pomimo sprzeciwu środowiska zaadoptowała chłopaka i udowodniła, że bezinteresowna pomoc w obecnych czasach ma rację bytu.
Wielki Mike pokazuje, że Stany Zjednoczone to nadal kraj podziałów rasowych i klasowych. Potwierdza smutny fakt, że jedyną drogą nastolatka z biednej dzielnicy jest przyłączenie się do gangu i śmierć od kuli w wieku 21 lat. Hanckock pokazuje jak bezradna jest władza i urzędnicy wobec biedy i braku edukacji, która nadal dosięga większość Afroamerykanów. Ale z drugiej strony mówi też, że są tacy ludzie, dla których uprzedzenia czy stereotypy nie maja znaczenia. Bo najważniejszy jest człowiek. Nie ważne czy czarny czy biały. Czy głupi czy mądry. Każdy ma szansę na lepsze życie. Wielki Mike daje nadzieję.

czwartek, 1 grudnia 2011

Urodzinowy stosik


Chciałam się pochwalić moimi nowymi książkowymi nabytkami. Część z nich, czyli Sula Toni Morrison, Krzesło do krępowania Kathryn Harrison i Białe Noce Elwooda Reid'a, to zdobyczne trofea z ostatniej wymiany książkowej. Kolejna książka czyli Co twój kot próbuje ci powiedzieć? Arden Moore to urodzinowy prezent, który sama sobie zrobiłam.
Cały czas czytam The Help, a czytanie idzie powolutku z braku czasu, więc nie wiem, kiedy zacznę czytać kolejną książkę.
Ale mam nadzieję, że już wkrótce.

poniedziałek, 21 listopada 2011

"przyTARGaj książki" 25.11 Sweet Surrender


Już w piątek 25 listopada o godz. 19:00 odbędzie się akcja wymiany książek w kawiarni Sweet Surrender w Poznaniu.
Kto będzie? Ja się wybieram na pewno!
Więcej informacji znajdziecie tutaj.

wtorek, 15 listopada 2011

"Biały oleander" Janet Fitch


Biały oleander Janet Fitch bardzo długo czekał na mnie na półce. Po tylu latach muszę przyznać, że idealnie wpasował się moje obecne czytelnicze potrzeby.
Astrid Magnussen, dorastająca dziewczynka jest wychowywana tylko przez matkę Ingrid, poetkę i artystkę. Matka jest osobą bardzo egoistyczną i zapatrzoną w siebie. Przemawia przez nią sarkazm i okrucieństwo, które ostatecznie doprowadza ją do zabicia swojego kochanka. Ingrid idzie do więzienia, a mała Astrid tuła się od jednej rodziny zastepczej do drugiej. Każda obecna "matka" Astrid jest surowo krytykowana przez Ingrid, a córka rozdarta między tą prawdziwą opiekunką, a tymi zastępczymi powoli traci swoją niewinność i wiarę. Każda rodzina czegoś ją uczy i wzbogaca o nowe doświadczenia życiowe. Niestety, nie zawsze należą one do tych najlepszych.
Chyba każdy zna film Biały oleander Petera Kosminsky'ego z Michelle Pfeiffer w roli głównej. Podczas lektury książki z zafascynowaniem wyobrażałam sobie bohaterów pominiętych w filmie, takich jak Olivia, Marvel czy kolejni kochankowie Astrid. Nie zamierzam teraz porównywać adaptacji filmowej z pierwowzorem, jednak uważam, że film złagodził pewne aspekty książki Fitch. Scenarzysta trafnie wybrał najciekawsze elementy z powieści i stworzył takiego Białego oleandra, jakiego chcieliby zobaczyć widzowie. Bez zbędnego turpizmu i obsceniczności, na które możemy czasem natrafić w książce.
Pomimo tego, Fitch pisze niezwykle poetycko i porusza bardzo ważna kwestię, kwestię miłości. Tej najważniejszej i tej niezwykle trudnej. Miłości między matką i córką.


Moja ocena: 7/10

Tytuł: Biały oleander
Tytuł oryginalny: White Oleander
Autor: Janet Fitch
Ilość stron: 421
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, Poznań 2001

Chico i Rita

Zwieńczeniem i głównym faworytem "maratonu hiszpańskiego" była hiszpańsko-brytyjska animacja Chico i Rita. Osadzona w Hawanie w 1948 roku historia namiętnej miłości muzyka i piosenkarki urzekła mnie całkowicie. Bohaterowie muszą przebyć pół świata i szmat czasu, aby się w końcu odnaleźć.
Sama fabuła nie wydaje się być niczym szczególnym, jednak fantastyczne obrazy i świetna muzyka, rekompensują widzom prostotę filmu. Hawana pokazana jest tak pięknie, że z trudem możemy uwierzyć, że oglądamy film animowany. Animatorzy zadbali o każdy szczegół i włączyli do akcji rozmaite osobistości filmu i muzyki, takie jak Humphrey Bogart, Estrella Morente, Chano Pozo i wielu innych.

Film Chico i Rita jest niesamowicie zmysłowy. Dajemy się uwieść kubańskim i nowojorskim rytmom, a biodra same zaczynają się kołysać w rytm muzyki. Z kina wychodzimy uśmiechnięci, zrelaksowani i rozmarzeni. Czego więcej potrzeba?

piątek, 11 listopada 2011

Hiszpański cyrk

Kolejnym filmem "maratonu hiszpańskiego" lub też wspomnianym we wcześniejszym poście "wyjątkiem" był film Hiszpański cyrk. Dwóch klaunów, Javier i Sergio rywalizuje ze sobą o względy akrobatki Natalii. Javier jest łagodny i ugodowy, a Sergio narwany i brutalny. Natalia sama zdaje się nie wiedzieć kogo wybrać, więc próby sił klaunów prowadzą w końcu do tragicznego finału. W tle przejawia się panorama historyczna Hiszpanii, gdzie wojna i dyktatura Franco nie daje o sobie zapomnieć.
W Hiszpańskim cyrku dzieje się bardzo dużo. Mamy komedię, a czasem nawet tragikomedię, czarny humor, wojnę, szaleństwo i miłość. Niestety elementy są od siebie oddzielone, nie ma pomiędzy nimi żadnej spójności. Jakby reżyser, Alex de la Iglesia, nakręcił i zmontował sceny z różnych filmów na chybił trafił. Sceny komediowe nie są śmieszne, sceny wojenne nie są poważne. Tylko szaleństwo wydaje się prawdziwe. Szaleństwem jest cały ten cyrk i jego "artyści".
Myslę, że film ten nie wnosi nic poza tym, że skutecznie zniechęca do pójścia do prawdziwego cyrku i podtrzymuje, a nawet propaguje stereotyp przerażającego klauna.

Flamenco, flamenco


Podczas VIII Festiwalu Kultury Hiszpańskojęzycznej wybrałam się na swoisty maraton filmowy. Nieodłącznymi elementami seansu (może z jednym wyjątkiem) była muzyka i śpiew.

Najlepszym tego przykładem był pierwszy film "maratonu", dzieło Carlosa Saury Flamenco, flamenco. Film ten jest kontynuacją filmu Saury z 1995 roku Flamenco (de Carlos Saura), gdzie reżyser po raz kolejny spotyka się z licznym gronem artystów i zaprasza ich do wspólnego tańca i śpiewu.
W najnowszym filmie twórca dodaje kolejny element sztuki, czyli malarstwo hiszpańskie. Artyści tańczą w swoistym studio wypełnionym obrazami, które tworzą element scenografii. Tak naprawdę nic więcej nie potrzeba, aby ukazać tą intrygującą część hiszpańskiej kultury.
Mamy rozmaite style flamenco w najróżniejszych aranżacjach, do tego oryginalny śpiew i piękne stroje. Co mnie urzekło w tym muzycznym obrazie to właśnie śpiew i teksty. Nigdy naprawdę nie zastanawiałam się o czym śpiewają ci artyści. Zawsze myślałam, że jest to coś bardzo wyrafinowanego. Teraz dzięki napisom polskim, wiem, że dla nich liczy się prostota. Utwory mają prostą treść, ale jakże prawdziwą i szczerą. Ból, zdrada, zazdrość, albo po prostu wiosna!
No i jak nie wierzyc takiemu artyście, co swoje serce podaje nam wszystkim na tacy.
Dałam się przekonać w stu procentach!

czwartek, 10 listopada 2011

Dom snów

Dom snów ( ang. "Dream House") Jima Sheridana obejrzałam głównie po to, aby zobaczyć duet Daniel Craig-Rachel Weisz, którzy ostatnimi czasy są parą nie tylko na kinowym ekranie.
W pierwszych minutach filmu, Craig nadal grał Bonda, a Weisz nie mogła wdrożyć się w konwencję thrillera. Sama fabuła długo się rozwijała i już myślałam, że cały film będzie mdły i sztuczny, tak jak początkowe pompatyczne dialogi.
W domu, w którym niedawno zamieszkał Will Atenton z żoną i córkami, wydarzyła się straszliwa zbrodnia. Co gorsza, morderca nadal pozostaje na wolności. Will zaczyna bać się o swoją rodzinę i powoli zagłębia się w historię tajemniczej zbrodni.
Dom snów na początku trochę straszył i nie wiadomo było czego się spodziewać. Później okazało się, że scenarzysta to sobie wszystko dokładnie przemyślał i w końcu widać było sens. Przestajemy się bać, ale "Dom snów" jako dobrze zrobiony thriller do końca trzyma w napięciu.
Przywołał mi na myśl takie filmy jak Wyspa tajemnic z DiCaprio czy Sekretne okno z Deppem.
Można zobaczyć.

czwartek, 3 listopada 2011

Dziewczyna w czerwonej pelerynie

Dziewczyna w czerwonej pelerynie Catherine Hardwicke to film luźno oparty na bajce o Czerwonym Kapturku. Bardzo trafnie został przetłumaczony tytuł angielski: Red Riding Hood sugeruje, że nie będziemy mieli do czynienia z niewinną opowiastką dla dzieci.
Główna bohaterka też już nie jest dzieckiem, lecz dziewczyną rozdartą pomiędzy dwoma wielbicielami, mieszkającą w małej wiosce, której zagraża wielki wilk. I w tym momencie inspiracja Czerwonym Kapturkiem się kończy, bo Hardwicke postawiła na dobrze sobie znane rozwiązania ze Zmierzchu. A ja do fanek tego typu kina raczej nie należę.
Mamy w Dziewczynie wilka, mamy babcię, co ma wielkie oczy, mamy przemoc,okrucieństwo, zazdrość i wątpliwą urodę Amandy Seyfried. Lecz pomimo tego wszystkiego film pozostawia wielki niedosyt.
Twórcy Dziewczyny mieli szansę przełożyć najbardziej znaną baśń na ekran filmowy i stworzyć ponadczasową i uniwersalną historię.
Niestety, w efekcie mamy romantyczną opowiastkę dla nastolatek, o której zapominamy tuż po wyjściu z kina.
Mam nadzieję, że Królewna Śnieżka, której premiera jest zapowiadana na rok 2012 uratuje honor filmowych baśni i będzie jej bliżej do świetnych Nieustraszonych braci Grimm, niż do Dziewczyny w czerwonej pelerynie.

środa, 2 listopada 2011

Wielkie powroty

Niestety ostatnio nie mogę trafić na książkę, która od razu mnie zainteresuje. Mam już kilka pozaczynanych, ale nie mogę dobrnąć do końca. Tak było w przypadku Karpentarii Alexis Wright i Magii Maraiego. Obie książki bardzo mnie interesują, ale chyba muszą poczekać na swoja kolej. Na pewno jeszcze do nich wrócę, ale może w innym momencie życia będą bardziej adekwatne do mojego nastroju.
Na szczęście, zaduszkowy wyjazd do domu pozwolił mi odnaleźć, a w sumie wrócić, do dawno porzuconej przeze mnie książki, która, z tego co obliczyłam, czekała na mnie na półce przez 10 lat. Tą książką jest Biały oleander Janet Fitch. Mam nadzieję, że ta lektura utwierdzi mnie w przekonaniu, że każdy powrót do porzuconej książki jest możliwy, tylko w odpowiednim czasie.

wtorek, 25 października 2011

Dzień Legolasa




25 października to dla wszystkich fanów twórczości Tolkiena data bardzo ważna. Tego dnia roku 3018 Trzeciej Ery miała miejsce Narada u Elronda, na której zadecydowano o losach Pierścienia.

Wtedy także po raz pierwszy Tolkien wspomniał o Legolasie, synu Thranduila.

Dzień Legolasa ma na celu przypomnienie tych wzniosłych wydarzeń, jak i uczczenie pamięci samego elfa, księcia Mrocznej Puszczy.

W takim razie HAPPY LEGOLAS DAY!!!

niedziela, 16 października 2011

Kula. Wymiana kulturalna


Wczoraj w Poznaniu w Klubokawiarni "Głośna" miała miejsce bardzo ciekawa akcja. Jej organizatorzy namawiali do wymiany książek, płyt, filmów. Poszłam tam z ciekawości, ale w zanadrzu także miałam kilka rzeczy na wymianę.
W "Głośnej" urzekła mnie niesamowicie przyjazna atmosfera i oryginalny wystrój. Było kilku "wystawców" oraz kilku amatorów kulturalnej wymiany. Niestety, nie było tłumów. Wielka szkoda, bo takie akcje jak najbardziej zasługują na większą uwagę.
Pomimo tego, bardzo się cieszę, że mogłam być tego częścią!

wtorek, 4 października 2011

Bo to zła kobieta była...

Z pewnością wielu uczniów marzy o takiej nauczycielce. Całe półrocze puszcza filmy, ubiera się w najbardziej odjazdowe ciuchy i nic ją nie interesuje. Kompletnie nic. Może z wyjątkiem jakiegoś przystojniaka z dużym portfelem. Ale o takiego trudno w zwykłej szkole podstawowej. Jednak tytułowa Zła kobieta w wykonaniu Cameron Diaz to przebiegła manipulantka, która potrafi wszystkich oczarować i wszystkich oszukać. Kiedy w grę wchodzą pieniądze, nikt i nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Jak to się stało, że została nauczycielką? To w filmie nie jest najważniejsze. Reżyser z pewnym namaszczeniem prowadzi widza przez meandry intryg Elisabeth, która tak naprawdę niczego się nie uczy i nie jest w stanie się zmienić. Widz w pewnej chwili czeka na jakiś zwrot akcji, który sprowadzi Elisabeth na właściwą, przynajmniej częściowo słuszną i uczciwą drogę. Wydaje mi się, że tytuł polski nawet lepiej charakteryzuje naszą bohaterkę, która nie jest tylko złą nauczycielką (ang. Bad teacher). W końcowej scenie bohaterka wydaje się być bardziej ludzka, niż na początku, ale czy nie jest to kolejna manipulacja? Ta "zła kobieta", pozostaje taką do końca i już nikogo nie nabierze, że jest inaczej.

Czy twój szef to...?

Szefowie wrogowie Setha Gordona to trzech najgorszych szefów na świecie i ich udręczone "ofiary". Dla naszych głównych bohaterów jedyną nadzieją jest zlikwidowanie Dr Harris-przebiegłej nimfomanki, Bobby'ego Pellita- rozwydrzonego narkomana bez skrupułów
oraz Dave'a Harkena- pana i władcę swoich pracowników.
Ten karkołomny pomysł zostaje wcielony w życie, ale nasi bohaterowie nie spodziewają się nagłych zwrotów akcji i zaskakującego zakończenia. Film Gordona faktycznie momentami zaskakuje, a uśmiech sam ciśnie się na usta, bo role Aniston, Spacey'a czy Farrella są karykaturalne, ale czy nie są także bardzo prawdziwe?

Prawdziwa komedia dla tych, którzy nie cierpią swoich szefów oraz dla tych, którzy swoim pracodawcom nie mają nic do zarzucenia.

czwartek, 29 września 2011

I muzycznie...



Z niecierpliwością czekam na premierę kolejnej płyty Florence and the Machine "Ceremonials". Tymczasem od kilku dni zasłuchuję się w ich najnowszym utworze pt. "What the water gave me". Cały album ma być inspirowany twórczością mojej ukochanej malarki Fridy Kahlo. Jej twórczość jest niesamowitą inspiracją. W końcu na jej cześć moja kicia wabi się Frida :) "What the water gave me" ma być zainspirowany obrazem Kahlo pod takim samym tytułem (po polsku tytuł tłumaczony także jako "Co zobaczyłam w wodzie").

sobota, 24 września 2011

"The end of Mr. Y" Scarlett Thomas

The end of Mr. Y lub też Koniec pana Y w polskiej wersji to książka bardzo obszerna. Nie tylko wielkościowo, ale także merytorycznie. Czytelnik znajdzie tu wszystko: miłość, seks i śmierć, ale również podróże w czasie, czytanie w myślach i ogromną ilość wiedzy z zakresu fizyki kwantowej, homeoterapii czy religii. Teorie wielkich myślicieli przeplatają się z tak przyziemnymi przypadłościami, z którymi człowiek musi się borykać na co dzień jak głód, zimno, strach czy tęsknota.
Z tym wszystkim właśnie boryka się główna bohaterka, Ariel, dziewczyna o niesamowitym umyśle, której wiedza o życiu i jego ciemnych stronach wykracza poza przeciętną. W pewnym momencie staje się posiadaczką bardzo rzadkiej i niebezpiecznej książki The end of Mr. Y Thomasa Lumas. Nad książką, krąży klątwa, której pierwszą ofiarą padł pewien znany Ariel wykładowca. Czy Ariel uniknie klątwy, znajdzie odpowiedzi na WSZYSTKIE pytania i odnajdzie szczęście? To trzeba po prostu przeczytać.
The end of Mr. Y pomimo swej długości, czyta się bardzo szybko i z rosnącym zainteresowaniem. Autorka trzyma nas w napięciu do ostatniej strony i tak jak Einstein w swojej teorii mówi, że wszystko jest względne. Czy naprawdę chcielibyśmy poznać myśli innych ludzi, ich wspomnienia i pragnienia? Czy, mając taką szansę, zmienilibyśmy bieg historii, wymazując z jej kart np. Hitlera? I czy będąc geniuszem możemy liczyć na szczęście, nie krzywdząc innych? Te i wiele innych pytań zadaje Scarlett Thomas, ale odpowiedzi musimy znaleźć już sami. Momentami myślałam o Cieniu wiatru Zafona, gdzie kolejna książka miała wielki wpływ na życie bohaterów. Na tym podobieństwa się kończą bo The end of Mr. Y jest wielkim traktatem filozoficznym, który daje do myślenia. Nie tylko o tym jak działa wszechświat.

Wielkie dzięki dla Zofii za udostępnienie swojego jedynego w swoim rodzaju egzemplarza The end of Mr. Y! :)


Moja ocena: 8/10

Tytuł: Koniec pana Y
Tytuł oryginalny: The end of Mr. Y
Autor: Scarlett Thomas
Ilość stron: 506
Wydawnictwo: Conongate Books Ltd., Edinburgh 2008

wtorek, 13 września 2011

Kiedy wypadnie ci prawy kieł...

Zanim jeszcze rozpiszę się o filmach Festiwalu Transatlantyk, muszę wyrazić swoje zdanie o greckim filmie Kieł. Dawno już nie widziałam tak strasznego filmu. Dziwi mnie jedynie to, że kiedy czytam jego recenzje wszyscy krytycy piszą, jaki ten film jest wspaniały, głęboki i "kapitalny" pomimo, że sami twierdzą, że zarazem jest straszny, odpychający i drastyczny. No to ja już sama nie wiem, bo jedno wyklucza drugie. Dobrze, że go zobaczyłam, bo przynajmniej mogę się teraz wypowiedzieć, ale myślę, że bym nie żałowała gdybym tego wszystkiego nie zobaczyła na ekranie. Bo namieszało mi to nieźle w głowie.
Małżeństwo z trójka prawie dorosłych dzieci, mieszka w wielkim domu, ogrodzonym wielkim płotem. Dzieci jeszcze ani razu nie wyszły poza teren posesji, którą żelazna ręka rządzi Ojciec. Dzieci są przez niego tresowane, karane i nagradzane w bardzo wymyślny sposób graniczący z sadyzmem. Ale Ojciec darzy dzieci miłością bardzo głęboką, szczególnie syna, który swoje seksualne potrzeby może zaspokoić, dzięki znajomej Ojca Christine. Ona jest jedynym łącznikiem dzieci ze światem zewnętrznym. I tu nasuwa się moje pierwsze pytanie, (a film przysporzył ich bardzo wiele), dlaczego Christine pozwalała takiej rodzinie istnieć, kiedy wiedziała jakie nią rządzą zasady? Dlaczego te dzieci, przecież już prawie dorośli ludzie, nie buntowały się i ani razu nie chciały wyjść poza teren domu? Dlaczego rodzice uczyli dzieci, że "cipka" to wielka lampa, a "kot" to straszny potwór, który mieszka za murami domu?
Natężenie absurdów w tym filmie, świadczy o wielkiej wyobraźni reżysera i scenarzysty, ale ja pytam, po co to wszystko? Niektórzy twierdza, że Kieł jest metaforą totalitaryzmu, że jednostkę możemy kształtować tak jak nam się żywnie podoba, szczególnie przez język, bo to wpływa na jej odbiór rzeczywistości. Niektórzy przywołują prawdziwe historie o ludziach zamkniętych w piwnicach i więzionych przez własnych rodziców. Nie wiadomo jakimi pobudkami kierowali się ci "rodzice". Tutaj Ojciec sam przyznał, że dba o to by nikt nie wypaczył charakterów ich dzieci. Jednak skutek takiego postępowania był drastycznie odwrotny. Mówi się, że media wypaczają charakter, ale brak mediów i kontaktu ze światem zewnętrznym prowadzi do deprawacji, absurdu i brutalności. I to wszystko w czterech ścianach pięknego, sterylnego domu.
Może to, co podoba się krytykom w tym filmie, to jego kontrowersyjność, to, że stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. We mnie Kieł wzbudził same negatywne emocje i już po półgodzinie chciałam wyjść z kina, kiedy mi się to praktycznie nie zdarza, nieważne jak beznadziejny film oglądam. W tym przypadku było inaczej. Takie kino uważam za niepotrzebne i nic nie wnoszące do kinematografii. I nikt mnie nie przekona, że to taka trafna metafora nie wiadomo czego...

sobota, 10 września 2011

Transatlantyk 2011

Postanowiłam przenieść się nieco w czasie, do okresu beztroskich wakacji, gdzie w tym roku na początku sierpnia pracowałam jako wolontariusz na Festiwalu Filmu i Muzyki "Transatlantyk". Moja praca była związana z kinem plenerowym, a identyfikator wolontariusza dawał mi nieokreślone możliwości jeśli chodzi o wybór filmów, które chciałabym zobaczyć na festiwalu. Dlatego próbowałam korzystać z tej możliwości w jak największym stopniu. Szansa jaką dostałam oczywiście niosła ze sobą i negatywne odczucia. A mianowicie, uświadomiłam sobie, że z ponad 300 filmów wyświetlanych na Festiwalu, nie uda mi się obejrzeć wszystkich! No i o zgrozo, trzeba było wybrać tylko kilkanaście... Podczas tego filmowego tygodnia odkryłam, że jestem urodzonym strategiem i każdy wybór filmu był dogłębnie przemyślany. Z niektórych wyborów byłam bardziej zadowolona, z niektórych mniej, ale wszystkie filmy, które obejrzałam były wyjątkowe. I każdy nadal siedzi w mojej głowie. Tu na blogu, też będę musiała dokonać wyboru, o których filmach chciałabym napisać kilka słów. Nie każdy wybór będzie trafiony, ale na pewno jakoś strategicznie to rozegram :).Zacznijmy wiec od filmu, który najbardziej mnie rozbawił. City island to film o zwariowanej rodzince, w której sekrety i kłamstwa są na porządku dziennym. City island to nowojorska wysepka leżąca w pobliżu Bronksu. Tam od dziecka mieszka Vince Rizzo, głowa rodziny i strażnik więzienny. Kiedy jednym ze skazańców zostaje tajemniczy chłopak, Vince postanawia zabrać go do domu i przedstawić żonie, synowi i córce. Ta decyzja bezpowrotnie zaważy na ich wspólnym losie, a skrzętnie skrywane sekrety ujrzą światło dzienne.
Cała nić intrygi została skrupulatnie uknuta przez scenarzystę, aby na koniec filmu mieć swój wielki finał, który jest i zabawny i smutny równocześnie.
Warto zwrócić uwagę na Stevena Straita, który w City island mógł rozwinąć skrzydła, co nie było mu dane w takich filmach jak "Cena uczuć" (eng. "Undiscovered"- moim zdaniem porażka...) czy "10.000 BC". No i oczywiście wielki ukłon w stronę Andy'ego Garcii za rolę pana Rizzo, który postanawia naprawić błędy młodości, spełnić oczekiwania kłótliwej żony i na dodatek pozostać wierny swoim marzeniom. Uff, trudne zadanie.
Ale po obejrzeniu City island wszystko wydaje się możliwe :).

czwartek, 8 września 2011

Kalimera! czy coś w tym stylu....


Dziś w końcu udało mi się wybrać do kina z rodzinką. Późny seans, na dworze deszcz, a film Małe grzeszki od razu przeniósł nas w inny wymiar: nie tylko pogodowy.
Na małej greckiej wyspie, gdzie telewizor i plotki są jedynymi rozrywkami mieszkańców, dochodzi do tajemniczej zbrodni. Rozwiązanie tej zagadki, jak i porządek na wyspie leży w rękach policjanta, Leonidasa ("THIS IS SPARTA!!"), który zdaje się być jedynym zainteresowanym tą sprawą. Bo na wyspie czas płynie wolniej i we własnym rytmie. Nikt się nigdzie nie spieszy, a piekące słońce jedynie zachęca do odpoczynku.
Bardzo skromny, zabawny film (który nie wszystkim członkom rodziny przypadł do gustu), w sam raz na deszczowy wrześniowy wieczór.

"i carry your heart with me..."

Dawno mnie nie było na tym blogu, oj dawno!
Od 2008 roku wiele się zmieniło, ale teraz chciałabym użyć tego bloga, aby trochę popisać i podyskutować o najnowszych kulturalnych wydarzeniach, ostatnio obejrzanych filmach i przeczytanych książkach.
A tytuł tego posta pochodzi z wiersza e.e. cummingsa, który usłyszałam wczoraj na filmie Siostry (eng. "In her shoes") z Toni Colette i Cameron Diaz. Uwielbiam Colette, od czasu Wesela Muriel jestem jej cichą wielbicielką. Ma wielki talent, który pokazała w wielu filmach. No i pochodzi z Australii.
A propos Australii, oto kolejna osoba z Antypodów, na którą warto zwrócić uwagę. Jest nią Chris Hemsworth aka. bóg piorunów z filmu Thor.
Film, pomimo ogromnej ilości efektów specjalnych, wartkiej akcji i dziwnej konwencji sci-fi, w jakiej został pokazany Asgard, bogowie i ich stroje, naprawdę mi się podobał. Taki fajny film przygodowy z elementami mitologii, magii i nauki. I oczywiscie aktorzy: Anthony Hopkins jako Odyn, Stellan Skarsgard jako naukowiec ze skandynawskim zapleczem oraz Natalie Portman.
A Hemsworth ze swoim tubalnym głosem i mega mięśniami idealnie wpasował się w rolę porywczego boga. Nie mogę się doczekać Thora 2 :P

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...