
Zanim jeszcze rozpiszę się o filmach Festiwalu Transatlantyk, muszę wyrazić swoje zdanie o greckim filmie
Kieł. Dawno już nie widziałam tak strasznego filmu. Dziwi mnie jedynie to, że kiedy czytam jego recenzje wszyscy krytycy piszą, jaki ten film jest wspaniały, głęboki i "kapitalny" pomimo, że sami twierdzą, że zarazem jest straszny, odpychający i drastyczny. No to ja już sama nie wiem, bo jedno wyklucza drugie. Dobrze, że go zobaczyłam, bo przynajmniej mogę się teraz wypowiedzieć, ale myślę, że bym nie żałowała gdybym tego wszystkiego nie zobaczyła na ekranie. Bo namieszało mi to nieźle w głowie.
Małżeństwo z trójka prawie dorosłych dzieci, mieszka w wielkim domu, ogrodzonym wielkim płotem. Dzieci jeszcze ani razu nie wyszły poza teren posesji, którą żelazna ręka rządzi Ojciec. Dzieci są przez niego tresowane, karane i nagradzane w bardzo wymyślny sposób graniczący z sadyzmem. Ale Ojciec darzy dzieci miłością bardzo głęboką, szczególnie syna, który swoje seksualne potrzeby może zaspokoić, dzięki znajomej Ojca Christine. Ona jest jedynym łącznikiem dzieci ze światem zewnętrznym. I tu nasuwa się moje pierwsze pytanie, (a film przysporzył ich bardzo wiele), dlaczego Christine pozwalała takiej rodzinie istnieć, kiedy wiedziała jakie nią rządzą zasady? Dlaczego te dzieci, przecież już prawie dorośli ludzie, nie buntowały się i ani razu nie chciały wyjść poza teren domu? Dlaczego rodzice uczyli dzieci, że "cipka" to wielka lampa, a "kot" to straszny potwór, który mieszka za murami domu?
Natężenie absurdów w tym filmie, świadczy o wielkiej wyobraźni reżysera i scenarzysty, ale ja pytam, po co to wszystko? Niektórzy twierdza, że
Kieł jest metaforą totalitaryzmu, że jednostkę możemy kształtować tak jak nam się żywnie podoba, szczególnie przez język, bo to wpływa na jej odbiór rzeczywistości. Niektórzy przywołują prawdziwe historie o ludziach zamkniętych w piwnicach i więzionych przez własnych rodziców. Nie wiadomo jakimi pobudkami kierowali się ci "rodzice". Tutaj Ojciec sam przyznał, że dba o to by nikt nie wypaczył charakterów ich dzieci. Jednak skutek takiego postępowania był drastycznie odwrotny. Mówi się, że media wypaczają charakter, ale brak mediów i kontaktu ze światem zewnętrznym prowadzi do deprawacji, absurdu i brutalności. I to wszystko w czterech ścianach pięknego, sterylnego domu.
Może to, co podoba się krytykom w tym filmie, to jego kontrowersyjność, to, że stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. We mnie
Kieł wzbudził same negatywne emocje i już po półgodzinie chciałam wyjść z kina, kiedy mi się to praktycznie nie zdarza, nieważne jak beznadziejny film oglądam. W tym przypadku było inaczej. Takie kino uważam za niepotrzebne i nic nie wnoszące do kinematografii. I nikt mnie nie przekona, że to taka trafna metafora nie wiadomo czego...