poniedziałek, 21 listopada 2011

"przyTARGaj książki" 25.11 Sweet Surrender


Już w piątek 25 listopada o godz. 19:00 odbędzie się akcja wymiany książek w kawiarni Sweet Surrender w Poznaniu.
Kto będzie? Ja się wybieram na pewno!
Więcej informacji znajdziecie tutaj.

wtorek, 15 listopada 2011

"Biały oleander" Janet Fitch


Biały oleander Janet Fitch bardzo długo czekał na mnie na półce. Po tylu latach muszę przyznać, że idealnie wpasował się moje obecne czytelnicze potrzeby.
Astrid Magnussen, dorastająca dziewczynka jest wychowywana tylko przez matkę Ingrid, poetkę i artystkę. Matka jest osobą bardzo egoistyczną i zapatrzoną w siebie. Przemawia przez nią sarkazm i okrucieństwo, które ostatecznie doprowadza ją do zabicia swojego kochanka. Ingrid idzie do więzienia, a mała Astrid tuła się od jednej rodziny zastepczej do drugiej. Każda obecna "matka" Astrid jest surowo krytykowana przez Ingrid, a córka rozdarta między tą prawdziwą opiekunką, a tymi zastępczymi powoli traci swoją niewinność i wiarę. Każda rodzina czegoś ją uczy i wzbogaca o nowe doświadczenia życiowe. Niestety, nie zawsze należą one do tych najlepszych.
Chyba każdy zna film Biały oleander Petera Kosminsky'ego z Michelle Pfeiffer w roli głównej. Podczas lektury książki z zafascynowaniem wyobrażałam sobie bohaterów pominiętych w filmie, takich jak Olivia, Marvel czy kolejni kochankowie Astrid. Nie zamierzam teraz porównywać adaptacji filmowej z pierwowzorem, jednak uważam, że film złagodził pewne aspekty książki Fitch. Scenarzysta trafnie wybrał najciekawsze elementy z powieści i stworzył takiego Białego oleandra, jakiego chcieliby zobaczyć widzowie. Bez zbędnego turpizmu i obsceniczności, na które możemy czasem natrafić w książce.
Pomimo tego, Fitch pisze niezwykle poetycko i porusza bardzo ważna kwestię, kwestię miłości. Tej najważniejszej i tej niezwykle trudnej. Miłości między matką i córką.


Moja ocena: 7/10

Tytuł: Biały oleander
Tytuł oryginalny: White Oleander
Autor: Janet Fitch
Ilość stron: 421
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, Poznań 2001

Chico i Rita

Zwieńczeniem i głównym faworytem "maratonu hiszpańskiego" była hiszpańsko-brytyjska animacja Chico i Rita. Osadzona w Hawanie w 1948 roku historia namiętnej miłości muzyka i piosenkarki urzekła mnie całkowicie. Bohaterowie muszą przebyć pół świata i szmat czasu, aby się w końcu odnaleźć.
Sama fabuła nie wydaje się być niczym szczególnym, jednak fantastyczne obrazy i świetna muzyka, rekompensują widzom prostotę filmu. Hawana pokazana jest tak pięknie, że z trudem możemy uwierzyć, że oglądamy film animowany. Animatorzy zadbali o każdy szczegół i włączyli do akcji rozmaite osobistości filmu i muzyki, takie jak Humphrey Bogart, Estrella Morente, Chano Pozo i wielu innych.

Film Chico i Rita jest niesamowicie zmysłowy. Dajemy się uwieść kubańskim i nowojorskim rytmom, a biodra same zaczynają się kołysać w rytm muzyki. Z kina wychodzimy uśmiechnięci, zrelaksowani i rozmarzeni. Czego więcej potrzeba?

piątek, 11 listopada 2011

Hiszpański cyrk

Kolejnym filmem "maratonu hiszpańskiego" lub też wspomnianym we wcześniejszym poście "wyjątkiem" był film Hiszpański cyrk. Dwóch klaunów, Javier i Sergio rywalizuje ze sobą o względy akrobatki Natalii. Javier jest łagodny i ugodowy, a Sergio narwany i brutalny. Natalia sama zdaje się nie wiedzieć kogo wybrać, więc próby sił klaunów prowadzą w końcu do tragicznego finału. W tle przejawia się panorama historyczna Hiszpanii, gdzie wojna i dyktatura Franco nie daje o sobie zapomnieć.
W Hiszpańskim cyrku dzieje się bardzo dużo. Mamy komedię, a czasem nawet tragikomedię, czarny humor, wojnę, szaleństwo i miłość. Niestety elementy są od siebie oddzielone, nie ma pomiędzy nimi żadnej spójności. Jakby reżyser, Alex de la Iglesia, nakręcił i zmontował sceny z różnych filmów na chybił trafił. Sceny komediowe nie są śmieszne, sceny wojenne nie są poważne. Tylko szaleństwo wydaje się prawdziwe. Szaleństwem jest cały ten cyrk i jego "artyści".
Myslę, że film ten nie wnosi nic poza tym, że skutecznie zniechęca do pójścia do prawdziwego cyrku i podtrzymuje, a nawet propaguje stereotyp przerażającego klauna.

Flamenco, flamenco


Podczas VIII Festiwalu Kultury Hiszpańskojęzycznej wybrałam się na swoisty maraton filmowy. Nieodłącznymi elementami seansu (może z jednym wyjątkiem) była muzyka i śpiew.

Najlepszym tego przykładem był pierwszy film "maratonu", dzieło Carlosa Saury Flamenco, flamenco. Film ten jest kontynuacją filmu Saury z 1995 roku Flamenco (de Carlos Saura), gdzie reżyser po raz kolejny spotyka się z licznym gronem artystów i zaprasza ich do wspólnego tańca i śpiewu.
W najnowszym filmie twórca dodaje kolejny element sztuki, czyli malarstwo hiszpańskie. Artyści tańczą w swoistym studio wypełnionym obrazami, które tworzą element scenografii. Tak naprawdę nic więcej nie potrzeba, aby ukazać tą intrygującą część hiszpańskiej kultury.
Mamy rozmaite style flamenco w najróżniejszych aranżacjach, do tego oryginalny śpiew i piękne stroje. Co mnie urzekło w tym muzycznym obrazie to właśnie śpiew i teksty. Nigdy naprawdę nie zastanawiałam się o czym śpiewają ci artyści. Zawsze myślałam, że jest to coś bardzo wyrafinowanego. Teraz dzięki napisom polskim, wiem, że dla nich liczy się prostota. Utwory mają prostą treść, ale jakże prawdziwą i szczerą. Ból, zdrada, zazdrość, albo po prostu wiosna!
No i jak nie wierzyc takiemu artyście, co swoje serce podaje nam wszystkim na tacy.
Dałam się przekonać w stu procentach!

czwartek, 10 listopada 2011

Dom snów

Dom snów ( ang. "Dream House") Jima Sheridana obejrzałam głównie po to, aby zobaczyć duet Daniel Craig-Rachel Weisz, którzy ostatnimi czasy są parą nie tylko na kinowym ekranie.
W pierwszych minutach filmu, Craig nadal grał Bonda, a Weisz nie mogła wdrożyć się w konwencję thrillera. Sama fabuła długo się rozwijała i już myślałam, że cały film będzie mdły i sztuczny, tak jak początkowe pompatyczne dialogi.
W domu, w którym niedawno zamieszkał Will Atenton z żoną i córkami, wydarzyła się straszliwa zbrodnia. Co gorsza, morderca nadal pozostaje na wolności. Will zaczyna bać się o swoją rodzinę i powoli zagłębia się w historię tajemniczej zbrodni.
Dom snów na początku trochę straszył i nie wiadomo było czego się spodziewać. Później okazało się, że scenarzysta to sobie wszystko dokładnie przemyślał i w końcu widać było sens. Przestajemy się bać, ale "Dom snów" jako dobrze zrobiony thriller do końca trzyma w napięciu.
Przywołał mi na myśl takie filmy jak Wyspa tajemnic z DiCaprio czy Sekretne okno z Deppem.
Można zobaczyć.

czwartek, 3 listopada 2011

Dziewczyna w czerwonej pelerynie

Dziewczyna w czerwonej pelerynie Catherine Hardwicke to film luźno oparty na bajce o Czerwonym Kapturku. Bardzo trafnie został przetłumaczony tytuł angielski: Red Riding Hood sugeruje, że nie będziemy mieli do czynienia z niewinną opowiastką dla dzieci.
Główna bohaterka też już nie jest dzieckiem, lecz dziewczyną rozdartą pomiędzy dwoma wielbicielami, mieszkającą w małej wiosce, której zagraża wielki wilk. I w tym momencie inspiracja Czerwonym Kapturkiem się kończy, bo Hardwicke postawiła na dobrze sobie znane rozwiązania ze Zmierzchu. A ja do fanek tego typu kina raczej nie należę.
Mamy w Dziewczynie wilka, mamy babcię, co ma wielkie oczy, mamy przemoc,okrucieństwo, zazdrość i wątpliwą urodę Amandy Seyfried. Lecz pomimo tego wszystkiego film pozostawia wielki niedosyt.
Twórcy Dziewczyny mieli szansę przełożyć najbardziej znaną baśń na ekran filmowy i stworzyć ponadczasową i uniwersalną historię.
Niestety, w efekcie mamy romantyczną opowiastkę dla nastolatek, o której zapominamy tuż po wyjściu z kina.
Mam nadzieję, że Królewna Śnieżka, której premiera jest zapowiadana na rok 2012 uratuje honor filmowych baśni i będzie jej bliżej do świetnych Nieustraszonych braci Grimm, niż do Dziewczyny w czerwonej pelerynie.

środa, 2 listopada 2011

Wielkie powroty

Niestety ostatnio nie mogę trafić na książkę, która od razu mnie zainteresuje. Mam już kilka pozaczynanych, ale nie mogę dobrnąć do końca. Tak było w przypadku Karpentarii Alexis Wright i Magii Maraiego. Obie książki bardzo mnie interesują, ale chyba muszą poczekać na swoja kolej. Na pewno jeszcze do nich wrócę, ale może w innym momencie życia będą bardziej adekwatne do mojego nastroju.
Na szczęście, zaduszkowy wyjazd do domu pozwolił mi odnaleźć, a w sumie wrócić, do dawno porzuconej przeze mnie książki, która, z tego co obliczyłam, czekała na mnie na półce przez 10 lat. Tą książką jest Biały oleander Janet Fitch. Mam nadzieję, że ta lektura utwierdzi mnie w przekonaniu, że każdy powrót do porzuconej książki jest możliwy, tylko w odpowiednim czasie.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...