Bill Plympton to urodzony w Portland twórca komiksów, animacji, reżyser i ilustrator. Jego projekcje zdobywały laury w Cannes (Push Comes to Shove 1991), a jeden z jego pierwszych filmów Twoja Twarz przyniósł mu nominację do Oscara'88 w kategorii najlepszego krótkometrażowego filmu animowanego. Film Idiots and Angels był pokazywany jedynie na festiwalu w Annecy, więc w Poznaniu podczas Animatora 2008 była to dopiero druga projekcja. Towarzyszyła jej producentka filmu Plymptona, Biljana Labovic. Swoistą rozgrzewką przed filmem był 5-minutowy film Hot Dog (2008), kontynuacja filmów Guard Dog (2004) i Guide dog (2006), które opowiadają o losach pewnego chętnego do pomocy psa, który za każdym razem pakuje się w tarapaty.
www.plymptoonstore.com
Idiots and Angels to czarna komedia opowiadająca o człowieku, który pewnego dnia budzi się ze skrzydłami na plecach i robi wszystko, aby się ich pozbyć. Praca nad filmem Idiots and Angels trwała 3 lata, 15 osób pracowało nad projektem, który zawiera 25,000 rysunków Billa Plymptona. Z racji tego, że film jest bez dialogów, bardzo ważną rolę odgrywa muzyka. Pierwotnie miała być to muzyka Moby’ego, ale okazało się, że nie pasuje do atmosfery filmu - ponurej, ciemnej, „barowej”. Kompozycje Toma Waitsa zdawały się być idealne. Waits zgodził się udostępnić swoją muzykę po rozmowie z dobrym znajomym Billa, Jimem Jarmuschem oraz po obejrzeniu filmu. Rzeczywiście, muzyka idealnie komponuje się z ideą filmu, mówiącą o tym, że w każdym z nas drzemie coś dobrego i coś złego, i jak sam reżyser podsumował swój film, każdy ma w sobie coś z idioty.
U Plymptona najbardziej spodobała mi się charakterystyczna kreska, poczucie humoru i dystans do otaczającego nas świata.
Zapraszam na drugą odsłonę cyklu "Animowane wtorki". Dziś skupimy się na kilku ważnych artystach, do których na początku XX wieku należał świat animacji. Bez ich wkładu w tę dziedzinę sztuki filmowej współczesna animacja nie byłaby taka sama. To artyści, którzy na przekór panującym ówcześnie trendom postanowili stworzyć coś nowego dla X Muzy. Ich dokonania nadal wzbudzają podziw i są źródłem inspiracji.
www.animator-festival.pl
Julian Pappé mając 27 lat wyjechał z Polski do Paryża, gdzie założył własne studio lalkowe Magic-Films. Zrealizował wiele krótkometrażowych autorskich filmów animowanych. Tworzył również filmy eksperymentalne i dokumentalne. Współpracował z awangardowymi twórcami filmu francuskiego takimi jak Francois Truffaut, Louis Malle czy Jean-Luc Godard. W 1979 wraz z Janem Lenicą zrealizował długometrażowy film animowany Król Ubu. Pappé wykorzystując swoje techniczne doświadczenia, wymyślił sposób na zapisywanie starych klatek filmowych na taśmie 35 mm, na co poświęcił ostatnie 15 lat swojej działalności. W ten sposób udało mu się ocalić pierwsze filmy Emila Reynauda jak Teatr optyczny z 1877 roku oraz Biedny Piotruś z 1893, czy filmy takich pionierów animacji jak Éttiene-Jules Marey czy George Demenya. Wśród filmów Juliana Pappé znalazły się takie filmy jak Zosia i gamy (1964), Papierowy ptaszek (1961), Chłopiec ze stawu (1963), Geneza biustu (1965) oraz Śpiew pieska (1975).
www.mubi.com
Władysław Starewicz jest określany jako pionier animowanego filmu lalkowego i odkrywca metody poklatkowej (1919). Z zamiłowania entomolog, używał uśpionych żuków jako „aktorów” w swoich filmach, na przykład w pierwszym w historii filmie lalkowym Piękna Lukanida (1912). W jego dorobku znalazły się takie filmy lalkowe jak Stary lew (1932), Szczurze miasto i szczurza kraina (1926), Maskotka (1933) oraz Królowa motyli (1927). Każdy jest filmem niesamowitym i ukazuje Starewicza jako rzeczywistego pioniera animacji. Dzięki jego wynalazkowi techniki poklatkowej możliwe było stworzenie takiego filmu animowanego jak Piotruś i wilk.
www.cinelatinotrieste.org
Gabriele Zucchelli stworzył film Quirino Cristiani. The mystery of the first animated movies na podstawie jedynego, niedawno odkrytego wywiadu z twórcą wczesnej włoskiej animacji Quirino Cristianim. Reżyser ukazuje go jako nonkonformistycznego twórcę, wiernego swoim zasadom, który nie raz naraził się władzom Argentyny, do której emigrował jako dziecko. W swoich filmach często uciekał się do satyry na ówczesną sytuację polityczną i właśnie dzięki takiemu filmowi jak El Apostol (1917) czy Bez śladu zyskał rozgłos. W pierwszym z nich ukazuje argentyńskiego prezydenta Yrigoyena jako apostoła, który udaje się na Olimp, aby prosić Jowisza o pioruny, którymi mógłby zaprowadzić porządek w Buenos Aires. Bez śladu był filmem zbyt kontrowersyjnym, który mógł zaszkodzić stosunkom argentyńsko-niemieckim, więc został skonfiskowany przez władze, a jego tytuł przesądził o jego losie, gdyż faktycznie zniknął bez śladu.
Nie chcąc więcej ryzykować, Cristiani przerywa prace nad swoim pierwszym dźwiękowym filmem pełnometrażowym z 1928 Peludopolis, który miał być kolejną satyrą na argentyńskiego prezydenta. Zucchelli ukazuje Cristianiego jako twórcę, który pogodził się z tym, że za życia jego twórczość była niedoceniania. Był osobą o radosnym usposobieniu, spędzając większość czasu ze swoją rodziną. Zapalony wegetarianin i naturysta. W tej dziedzinie też podobno był pionierem. Do końca zachował wigor i radość życia. Film-pomnik o Włochu z małego miasteczka który odmówił Disneyowi.
www.wikipedia.org
W roku 2008 obchodzone było 100-lecie powstania pierwszego animowanego filmu z fabułą Fantasmagorie. Z tej okazji Filmoteka Narodowa przygotowała unikalny pokaz filmów Émile Cohl'a, który jest twórcą pierwszej kolorowej animacji, pierwszej animowanej reklamy, pierwszego animowanego filmu opartego na satyrycznym scenariuszu swojego autorstwa. Powołał do życia pierwszego animowanego bohatera – Fantoche. Jego dokonania były źródłem inspiracji m. in. dla Walta Disney’a i Normana McLarena i wpłynęły znacząco na rozwój światowej animacji. Co najważniejsze, Cohl podniósł animację do rangi sztuki i nadał jej poetycki sens. Wśród filmów stworzonych prze Cohle'a znalzały się: Fantasmagorie (1908), Dramat u Fantoche’ów (1908), Komiczne generacje (1908), Matrymonialne buty (1908), Sprawy sercowe (1909), Binetoskop (1910) czy Malarz neoimpresjonista (1910).
Ten tekst pierwotnie ukazał się na portalu Gildia.pl:
Kochani! Od teraz na blogu In the Deep Blue Sea wtorki będą poświęcone animacji. Co tydzień będziecie mogli poczytać o wybitnych twórcach oraz filmach, które tworzą współczesny kanon animacji polskiej i światowej. No to zaczynamy!
Mariusz Wilczyński, animator-samouk, fan Petera Greena, pierwszy polski autor filmów animowanych, który miał swoją indywidualną retrospektywę w prestiżowym Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Tam też odbyła się światowa premiera pełnometrażowego filmu Kizi Mizi. Podczas Animatora 2008 udało mi się zamienić z panem Wilczyńskim kilka słów. Artysta stwierdził, że sam jeszcze do końca nie wie, jak to się stało, że jego twórczość znalazła się w MoMie. „To tak jakby teraz zadzwonił do pani Brad Pitt i zaprosił na kawę!”. W ramach festiwalu Animator 2008 miała także miejsce retrospektywa filmów Wilczyńskiego, gdzie widzowie mieli okazję obejrzeć miniatury będące fragmentami autorskiej animowanej oprawy TVP Kultura oraz filmy animowane takie jak Niestety (2004), Wśród nocnej ciszy (2000) czy Śmierć na pięć (2002) będący dla twórcy szczególnie ważnym filmem, gdyż w trakcie rysowania tego filmu nagle zmarł kompozytor i wykonawca piosenki Grzegorz Ciechowski.
Zapraszam do lektury!
Małgorzata Lewandowska: W piątek z okazji cyklu Animacja i Muzyka będzie miał miejsce performance z pana filmami oraz muzyką na żywo Fisz/ Emade/ Tworzywo. Będzie to pierwsza pana współpraca z tymi artystami. Dlaczego akurat oni?
Mariusz Wilczyński: Tak, tak, to będzie pierwszy pokaz z Fiszem i z Emade. Są świetni! Młodzi, inteligentni, wrażliwi, oryginalni, nie idą za owczym pędem. Ja zawsze staram się zapraszać do moich projektów takich muzyków. W przeszłości to był Tomasz Stańko, Pink Freud z takich młodych zespołów, a teraz Fisz i Emade.
ML: Czy jest jakaś część festiwalowego programu, która pana szczególnie zainteresowała? Jakaś retrospektywa, jakiś pokaz filmów?
MW: Ja uważam, że ten festiwal jest w ogóle fantastyczny, bo pierwszy raz, nie chcę mówić przeciwko innym festiwalom, ale tu się ma poczucie, że jest się na festiwalu światowym. Można zobaczyć retrospektywy najlepszych twórców, można spotkać na przykład pana Kowalowa, na którego wczoraj byłem retrospektywie i to jest absolutne mistrzostwo świata. Taki zjazd gości, wybitnych twórców z zagranicy, z całego świata. Zaraz przyjadą Bracia Quay, zaraz przyjedzie Zbyszek Rybczyński. Tak powinno być, aż dziwne, że takiego festiwalu nie było. Myślę, że to jest w ogóle świetny pomysł, że Poznań. Ja tu do Poznania kiedyś jeździłem, bo tutaj kiedyś mieszkał i żył mój tata. I teraz jak przyjechałem do Poznania to w ogóle oczy otwieram! To tak samo jak Wrocław - to jest też miasto, które najpiękniej się zmienia. Ja mam tylko taką nadzieję, że to się uda utrzymać. Bo naprawdę, niestety duża część festiwali w Polsce jest skażona jakimś prowincjonalizmem, to znaczy jak w jednym mieście jest organizowany festiwal, to wiadomo jak w banku, że artyści z tego miasta zwyciężą. Tak jest w Krakowie, niestety w tym roku tak samo było w Łodzi. Mówię niestety, bo z Łodzią jestem związany, tam się urodziłem, wiele lat mieszkałem. Teraz pracuję w łódzkiej filmówce, zresztą z Piotrkiem Dumałą i Markiem Skrobeckim. Ale tak niestety w tym roku było na festiwalu. I te festiwale staczają się wtedy w prowincjonalizm, zaściankowość. A tutaj jest po prostu inny oddech! Wczoraj jadłem na przykład obiad i siedział obok pan Witold Giersz. Boże! Przecież to jest legenda animacji! I siedział sobie obok Krzysiek Knittel i przysiadł się do nas Żmudzki, i potem przyszedł do nas pan Żmudziński i na to wszystko przyszedł Marcin Giżycki! Ci ludzie się zmieniają, a obok siedział właśnie Kowalow. I o to chodzi, że my się spotykamy, wymieniamy się myślami. Rewelacja, jestem zachwycony!
ML: I jeszcze ten duch Borowczyka, Lenicy…
MW: No dokładnie! Nie jest tu taka wymuszona atmosfera, napięta, tylko wszystko na luzie. Super!
ML: A czy jest jeszcze jakiś artysta, na spotkanie z którym pan czeka, oprócz wspomnianego Igora Kowalowa?
MW: Ja mam trochę taką filozofię, że staram się dosyć mało oglądać i to nie jest gest przeciwko żadnemu konkretnemu artyście, tylko taka moja filozofia wynikająca z tego, że ponieważ jestem samoukiem w animacji i tworzę, na ile to możliwe w dzisiejszych czasach, ale w izolacji. I teraz się czuję na tyle silny, że nie wydaje mi się, żeby jakiś artysta mógł przestawić mi coś w głowie jeżeli chodzi o mój świat. Chodzę, ale nie na za wiele pokazów, ale codziennie jestem na dwóch pokazach, co i tak wystarczy. Z tego co widziałem zrobił na mnie wrażenie właśnie wczoraj pan Kowalow. To widać, że to jest mistrz Piotra Dumały. To jest naprawdę artysta wielkiego kalibru, który rzadko robi film, co parę lat. To są perły i wczoraj te perły można było zobaczyć i można było z reżyserem pogadać. Super!
Jak napisać recenzję filmu takiego jak Baczyński i nie wplątać się w meandry patosu i wielkich słów. Wojna oraz Powstanie Warszawskie to temat nadal żywy w polskim kinie, ale zarazem temat niewdzięczny. Każda próba nawiązania do niego wiąże się zwykle z falą skrajnych opinii, od tych bardziej pochlebnych, po te czysto krytyczne. Na szczęście twórcy Baczyńskiego znaleźli indywidualny sposób w podejściu do tego trudnego zagadnienia i ukazali życie wielkiego polskiego poety z ciekawej, artystycznej perspektywy.
Film Kordiana Piwowarskiego ogromnie mnie poruszył. W jego przypadku minimum środków pozwoliło osiągnąć maksymalny efekt. Słysząc słowa wierszy Baczyńskiego, czytanych przez młodych Polaków podczas jubileuszu jego 90 urodzin, które przeplatają się z pięknymi, artystycznymi zdjęciami, widz dokładnie wie, co czują bohaterowie. W filmie samych dialogów jest mało, przez to nie pada na ekranie ani jedno zbędne słowo, a film czuje się wszystkimi zmysłami. Dodajmy do tego świetnego Kościukiewicza i mamy małe arcydzieło.
Film ma też duże walory edukacyjne. Ten fabularyzowany dokument świetnie by się sprawdził jako pomoc dydaktyczna na lekcjach historii oraz języka polskiego. Pojawiają się daty, nazwiska, archiwalne zdjęcia i oryginalne nagrania z czasów wojny. Wszystko podane w sposób bardzo kompaktowy i przystępny. Takie filmy lepiej zapadają w pamięci, niż opisy z niejednego podręcznika.
Jeden z krytyków nazwał konwencję Baczyńskiego naftalinową *. Myślę, że jest to bardzo trafne określenie które z powodzeniem możemy odnieść do wszystkich filmów toczących się w czasach wojennych. Jednak, jeśli chodzi o Kościukiewicza który rzekomo się w tej konwencji nie odnajduje, muszę się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Młody aktor, tak jak i pozostali, szczególnie Katarzyna Zawadzka odnaleźli się w tej oprawie znakomicie, tworząc pełnowymiarowe postaci. Biorąc pod uwagę fakt, że film trwa 70 minut myślę, że twórcom Baczyńskiego należą się słowa pochwały.
Tytuł: Baczyński Reżyseria: Kordian Piwowarski Występują: Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Zawadzka Premiera polska: 15.03.2013 Kalendarz: 07.04.2013
A na koniec piękna interpretacja wiersza Baczyńskiego Pieśń o szczęściu w wykonaniu Czesława Mozila i Meli Koteluk. Cały czas mam ochotę włączać przycisk "odtwórz ponownie".
Zapraszam do lektury powyższej recenzji także w języku angielskim
Przed Świętami nastrój powinien być coraz lepszy. U mnie od kilku dni jest odwrotnie. Do mojego dzisiejszego humoru idealnie pasuje utwór ponadczasowego Incubusa "Dig":
Wczoraj po raz 158 oglądałam Into the Wild. Za każdym razem kiedy oglądam ten film, porusza mnie on równie mocno, co na początku, a niesamowita historia w nim opowiedziana wydaje mi się uniwersalna i ponadczasowa. Dlatego chciałabym się z Wami podzielić recenzją, którą napisałam jakiś czas temu.
“Dlaczego z takim pospiechem
pędzić ku sukcesowi? Czy podejmować takie rozpaczliwe przedsięwzięcia? Jeżeli
człowiek nie dotrzymuje kroku swoim towarzyszom, może dzieje się tak dlatego,
że słyszy dźwięki wybijane przez innego dobosza? Przeto niechaj kroczy w rytm
jego bębna, choćby najbardziej miarowy czy daleki”.
Tą dewizą zaczerpniętą z Waldena H. D. Thoreau kierował się bohater filmu Into the Wild (dosyć
nietrafnie przetłumaczonym jako Wszystko za życie). Christopher McCandless po
ukończeniu studiów zmienia się w Aleksandra Superpodróżnika (ang. Supertramp)
i decyduje się na wyprawę, która ma zmienić jego dotychczasowe życie. Chris
buntuje się przeciw hipokryzji w jakiej został wychowany. Wyrusza w podróż po
Stanach Zjednoczonych mając w plecaku jedynie rzeczy niezbędne do życia, a jego
przewodnikami duchowymi są wyżej wspomniany Henry David Thoreau oraz Ralph
Waldo Emerson – czołowi przedstawiciele amerykańskiego transcendentalizmu,
miłośnicy Natury i piewcy indywidualizmu. Głosili oni umiłowanie życia w jego
najnędzniejszej postaci, twierdząc, że „nawet w przytułku można przeżyć miłe,
wzruszające i wspaniałe godziny”.Odrzucali dobra materialne, uważając je za
główną przeszkodę w dążeniu człowieka do szczęścia. Thoreau mieszkając przez
dwa lata samotnie w lesie stwierdził, że zamiast trzech posiłków dziennie
powinniśmy spożywać jeden, gdyż może to wpłynąć pozytywnie na jasność umysłu.
Bohater Into the Wild wziął
sobie to wszystko do serca. Penn ukazuje go jako człowieka pokonującego własne
leki i ograniczenia, pragnącego przeniknąć Naturę do sedna. Są takie chwile w
filmie, kiedy Natura zostaje „osiągnięta”. Góry na Alasce, ciepło pustyni,
stado biegnących dzikich koni czy spotkanie z niedźwiedziem oko w oko. Te
obrazy pozwalają nam, widzom przeżyć tę Naturę w jak najbardziej waldenowskim
wydaniu. Pobyt bohatera na Alasce, która była głównym celem jego podróży,
kontrastowany jest z przygodami poprzedzającymi dotarcie do tego mroźnego zakątka.
Chris spotyka po drodze wielu ciekawych ludzi: podstarzałą parę hipisów,
farmera na bakier z prawem czy staruszka zajmującego się skórami. Wszyscy ci ludzie
wnoszą w podróż (i życie) Chrisa coś nowego, tworzą więzi bardziej trwałe, niż
on stworzył ze swoimi przyjaciółmi przez całe życie. Natomiast oni dostają od
Chrisa tę niewinną mądrość, która przywiodła go w najodleglejsze zakątki
Ameryki. Jego filozofia życiowa robi wrażenie i zmusza do przemyśleń nad
kondycją świata, w którym żyjemy.
Film porusza jeszcze bardziej,
kiedy dowiadujemy się, że jest on oparty na prawdziwej historii. Into the
Wild jest swoistym hołdem Seana Penna dla osób takich jak McCandless,
podążających swoja ścieżką, wsłuchanych w „innego dobosza”. W filmie sferę
emocjonalną podkręca muzyka Eddiego Veddera z Pearl Jam, a jego piosenki
idealnie pasują i oddaja stan duchowy bohatera. Chris przez cały film
triumfuje, a filozofia Thoreau zdaje się być słuszna.
„Doświadczenie nauczyło mnie
przynajmniej tego, ze jeśli ktoś zmierza pewnie w wymarzonym kierunku i stara
się żyć zgodnie z tym, co sobie wyobraził, spotka go niepowszedni sukces.
Niektóre sprawy pozostawi za sobą, przekroczy niewidzialna granicę (…). Otrzyma
tedy świadectwo istoty wyższej miary. Proporcjonalnie do coraz prostszego
sposobu życia, prawa wszechświata okażą się mniej skomplikowane, a samotność
nie będzie samotnością, bieda – biedą ani słabość – słabością. Jeżeli ktoś budował
zamki na lodzie, praca jego nie musi iść na marne, albowiem mogą stanąć właśnie
na lodowej tafli. Trzeba położyć pod nie fundamenty.”
Wszystkie cytaty – H. D. Thoreau Walden, czyli życie w
lesie, przekł. Halina Cieplińska, Poznań
1999
Moja ocena: 10/10
Tytuł: Wszystko za życie Tytuł oryginalny: Into the Wild Reżyseria: Sean Penn Występują: Emile Hirsch, William Hurt, Marcia Gay Harden Czas trwania: 2:28 Premiera polska: 04.04.2008 A na koniec elektryzująca muzyka Eddiego Veddera, czyli utwór Society:
Książka Malzieu długo czekała na mnie na półce. Najpierw
zauroczyła mnie okładka, baśniowa, ale surowa zarazem, oraz historia o chłopcu,
który zamiast serca ma zegar z kukułką. Przechowałam myśl o niej, gdzieś
głęboko w pamięci i kiedy tylko nadarzyła się okazja, kupiłam Mechanizm
serca. Później okazało się, że moja fascynacja była przedwczesna.
W Edynburgu rodzi się chłopiec imieniem Jack. Matka porzuca
go zaraz po narodzinach, a jego opiekunką zostaje ekscentryczna Madeleine,
która także ratuje mu życie wymieniając jego zamarznięte serce na prawdziwy
zegar. Od tego czasu Jack żyje z nią na wzgórzu, gdzie jest odizolowany od
reszty świata. Madeleine martwi się o jego zegaroserce, dlatego do ostatniej
chwili odkłada spotkanie chłopca ze światem zewnętrznym. Kiedy ten dzień
nadchodzi, dzieje się coś strasznego. Jack zakochuje się. Jego wybranką jest
„mała śpiewaczka” Miss Acacia. Po powrocie do domu z Jackiem dzieje się coś
dziwnego. Wskazówki jego serca pędzą jak oszalałe, sprawiając mu tym samy
niesamowity ból. Madeleine ostrzega go, że miłość to nie jest taka łatwa sprawa
i często przez nią cierpimy. Jack pomimo ostrzeżeń wyrusza na poszukiwania
swojej miłości, spotykając po drodze wiele barwnych postaci, takich jak Kuba
Rozpruwacz czy Georges Melies. Czy jego
zegaroserce zniesie ogrom miłości do Miss Acacii i czy ona odwzajemni jego
uczucie?
Bardzo spodobał mi się pomysł zegara zamiast serca. Jack
musi bardzo na nie uważać, a miłość jest czymś co może mu tylko zaszkodzić.
W Mechanizmie serca na pierwszy plan wysuwa się związek dwojga ludzi i
cierpienie z nim związane. Jack szuka swojej wybranki, kiedy ją znajduje musi
walczyć z rywalem, a w końcu pokonać samego siebie i wziąć od życia najcięższą
lekcję zaufania i pokory. Malzieu zdaje się mówić, że nie wystarczy, że kogoś
kochamy, ale musimy cały czas pielęgnować to uczucie. Dbać o nie, aby nie
zgasło.
Pomimo tej całej „romantycznej oprawy” Mechanizm serca mnie nie przekonał. Szczególnie dziwny wydawał mi się fakt, że Jack opisując te
wszystkie wydarzenia miał około piętnastu lat. Wiem, że wiek nie jest ważny, bo
strzała Amora każdego trafia znienacka, ale bardziej bym uwierzyła w całą
historię, gdyby Jack był już dojrzałym mężczyzną, bo wtedy jego relacja z „mała
śpiewaczką” nabrałaby głębi. Odniosłam wrażenie, że Jack myli miłość z
zauroczeniem i erotyczną fascynacją. Dlatego cierpienie jego zegaroserca nie
przemówiło do mnie, a co za tym idzie wydaje mi się, że potencjał tego pomysłu
został zmarnowany.
Plusem książki zdecydowanie jest jej mała objętość. Im
szybciej dobrniemy do końca, tym lepiej uda nam się wymazać z pamięci tą
rzekomą ”baśń dla dorosłych”. Mechanizm serca nie ma z baśnią nic wspólnego.
Moja ocena: 3/10
Tytuł: Mechanizm serca Tytuł oryginalny:La Mécanique du cœur Autor: Mathias Malzieu Ilość stron: 166 Wydawnictwo: Świat Książki, Warszawa 2010
Mathias Malzieu jest także założycielem francuskiej grupy Dionysos, która wydała cały album zainspirowany książką Mechanizm serca.
Z niecierpliwością czekam na premierę kolejnej płyty Florence and the Machine "Ceremonials". Tymczasem od kilku dni zasłuchuję się w ich najnowszym utworze pt. "What the water gave me". Cały album ma być inspirowany twórczością mojej ukochanej malarki Fridy Kahlo. Jej twórczość jest niesamowitą inspiracją. W końcu na jej cześć moja kicia wabi się Frida :) "What the water gave me" ma być zainspirowany obrazem Kahlo pod takim samym tytułem (po polsku tytuł tłumaczony także jako "Co zobaczyłam w wodzie").