czwartek, 23 lutego 2012

Dziewczyna z tatuażem


Przyznam się od razu. Nie czytałam książki Stiega Larssona i nie widziałam szwedzkiej wersji Dziewczyny z tatuażem. Cała seria Millennium jakoś mnie nie zainteresowała mimo, że każdy szanujący się czytelnik ma już takową na półce. Jednak film Davida Finchera skłonił mnie w końcu do zagłębienia się w temat i przekonania się na własnej skórze, jaki jest fenomen Dziewczyny z tatuażem.

Sam początek filmu okazał się dziełem samym w sobie. Komputerowa wizualizacja z udziałem głównych bohaterów cieszy oko i poniekąd zapowiada czego możemy się spodziewać w dalszej części filmu. A mamy tu do czynienia z efektownie zrobionym thrillerem z wątkiem kryminalnym, gdzie Mikael Blomkvist (Daniel Craig) niczym James Bond musi rozwikłać zagadkę pewnej rodziny i stawić czoła ponurym realiom. Pomaga mu w tym Lisbeth Salander (Rooney Mara), tytułowa „dziewczyna z tatuażem”, o mrocznej przeszłości i równie ponurej teraźniejszości. W pierwszej części filmu każde z nich prowadzi osobne śledztwo, ale każdy krok zbliża ich do siebie, by w końcu zacząć współpracę, która jest równie owocna, co wybuchowa.

Film pomimo swej długości ogląda się bardzo dobrze i z rosnącym zainteresowaniem. Fincher umiejętnie dawkuje napięcie, aby w finale odrzeć widza ze wszelkich wątpliwości. Nie można nazwać Dziewczyny z tatuażem filmem przewidywalnym, ale po 158-minutowym seansie w końcu stwierdzamy, że nie mógł się skończyć inaczej. Niektóre sceny na długo zapadają w pamięć, a muzyka frontmana Nine Inch Nails Trenta Reznora tylko podkręca atmosferę tajemnicy i grozy.

Lisbeth w wykonaniu Rooney Mary jest postacią fascynującą. Jej bezpośredniość i dzikość intrygują i nie zostawiają widza obojętnym. Nie jestem jednak pewna czy jest to rola warta Oscara. Ale o tym przekonamy się już w poniedziałek.

Fani twórczości Larssona na pewno mają jeszcze kilka uwag co do adaptacji oryginału, co do niewłaściwego ukazania bohaterów, bo przecież nie tak ich sobie wyobrażali i tym podobne. Dla mnie Dziewczyna z tatuażem to kolejny film sensacyjny spod ręki wybitnego twórcy Siedem i Podziemnego kręgu. I to mi wystarczy.

czwartek, 16 lutego 2012

Całkiem zabawna historia


Czy nie mieliście kiedyś ochoty zobaczyć jak żyje się w szpitalu psychiatrycznym? Czy nie myśleliście o tym, żeby zostać tam zamkniętym chociaż na jeden dzień i zachowywać się jak najprawdziwszy szaleniec? Wariat, któremu wszystko uchodzi na sucho, a każde dziwactwo uznawane jest za jak najbardziej normalne? Mam nadzieję, że po przeczytaniu tych pytań nikt nie uzna, że postradałam zmysły.
Pamiętacie Lot nad kukułczym gniazdem Formana czy Przerwaną lekcję muzyki Mangolda? Gdzie będąc w zakładzie mimo woli bohaterowie w końcu sami zaczęli wariować. A może tylko pokazywali swoją prawdziwą naturę? Film Ryan'a Flecka i Anny Boden to nie aż tak poważna, ale nawet Całkiem zabawna historia.
Craig ( Keir Gilchrist), 16-latek mający myśli samobójcze, stwierdził, że jak się zgłosi do specjalisty ze swoim problemem, to wszystko minie. Lekarz jednak zdecydował umieścić go w szpitalu psychiatrycznym na obserwacji. Film pokazuje tylko 5 dni, które Craig spędził na oddziale. Przez ten czas zdążył zmienić życie swoich współtowarzyszy i z innej perspektywy spojrzeć na swoje.
Całkiem zabawna historia to film bardzo ciepły i jak sam tytuł wskazuje, całkiem zabawny. Problemy nastolatka mogą dla niektórych być już dosyć odległe, ale możemy wyczytać z tej historii uniwersalne przesłanie i całkiem oczywista prawdę: róbmy to, na co my mamy ochotę, a nie to czego wymagają od nas rodzice, otoczenie, społeczeństwo. Wtedy znajdziemy szczęście.
A może to zbyt kontrowersyjne stwierdzenie? Trudno, uznajcie, że postradałam zmysły.

Idy marcowe

Idy marcowe to starożytne rzymskie święto, gdzie wierni składali hołd Marsowi- bogowi wojny. Także czasie tych uroczystości miała miejsce jedna z największych zdrad w dziejach ludzkości, gdzie Brutus wystąpił przeciwko Cezarowi.
Co to wszystko ma wspólnego z najnowszym obrazem Georga Clooney’a, opowiadającym o kulisach wyborów prezydenckich w USA?
Podczas oglądania Id marcowych musimy się mocno skupić na tym, co się dzieje na ekranie. A dzieje się bardzo dużo. Mamy senatora, który stara się o fotel prezydencki, mamy członków jego sztabu wyborczego, którzy zrobią wszystko, aby ich deputowany pokonał swoich przeciwników. Jednym z pracowników sztabu senatora Morrisa (George Clooney) jest Stephen Meyers (Ryan Gosling), młody PR-owiec. Stephen jest idealistą, który rzucony w wir wydarzeń traci swoje podniosłe wyobrażenia o obecnej kampanii wyborczej, i o polityce w ogóle. Aby nie zostać z niczym, Stephen jak legendarny Brutus „podnosi rękę” na człowieka, którego szanował i cenił. W tle słyszymy, że lojalność, uczciwość i prawda są najważniejsze, ale Stephen skonfrontowany z cynicznym światem polityki już wie, że są to tylko puste slogany i obietnice. Jest mądrzejszy niż na początku, ale odarty ze złudzeń, bo świat polityki rządzi się swoimi prawami, a ten kto ich nie przestrzega, przegrywa.
Rolą Stephena Ryan Gosling na dobre otworzył sobie drzwi do kariery w Hollywood. Miejmy nadzieję, że pomimo cieni i blasków sławy do końca pozostanie aktorem, który umiejętnie dobiera repertuar i z ekranu kinowego rzuca czar na każdego. W tym filmie przyćmił nawet Georga Clooney’a.
Idy marcowe to dobrze zrobiony, trzymający w napięciu film z plejadą gwiazd, poruszający kontrowersyjną tematykę. Solidne kino.

środa, 15 lutego 2012

Skończyć "Niedokończone..."

Uwielbiam powieści Tolkiena. Mam już całkiem pokaźną kolekcję jego dzieł i prawdziwą przyjemność sprawia mi wyszukiwanie wydań, których jeszcze nie posiadam. Mam już jego książki po polsku i po angielsku, bo Tolkien w oryginale to coś nadzwyczajnego, ale przekonałam się, że jeszcze można mnie zaskoczyć w tej kwestii.
A mianowicie ostatnio natknęłam się w pewnym hipermarkecie na wydanie kieszonkowe "Niedokończonych opowieści". Cena oczywiście mnie urzekła, zresztą widać ją na zdjęciu. Ale najciekawsze w tym wszystkim jest to, że właśnie egzemplarz Unfinished tales nadal nie został przeze mnie przeczytany. Cały czas jest unfinished. Skończyłam II erę, ale za nic nie mogłam zacząć III.
I tak sobie pomyślałam wpatrując się w przepiękną ilustrację Johna Howe na okładce, że może przeczytam Niedokończone po polsku i potem wrócę do angielskiego wydania? Każde wytłumaczenie, żeby kupić książkę jest dobre.
 No i oczywiście skusiłam się. Mam teraz te dwa egzemplarze i tylko czekam na dogodny moment aby zabrać się za polska wersję.
A Wy, które powieści Tolkiena lubicie najbardziej?

wtorek, 7 lutego 2012

Róbta co chceta

Tegoroczny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy dobiegł już końca, ale dla mnie przygoda dopiero się zaczyna. Wczoraj pan listonosz przyniósł z dawna wyczekiwaną przesyłkę, zakupioną właśnie specjalnie na 20 Finał. Przyznaję, że trochę poczekałam, ale myślę, że warto było.
Książka Jurka Owsiaka "Róbta co chceta" wypełni mi te szare dni swoimi kolorowymi stronami i tonami optymizmu, które są w niej zawarte.

A dodatkiem, który to wszystko uzupełni są przecudne zakładki, które wpadły mi w ręce na Targach Książki dla Dzieci i Młodzieży, które odbyły się w miniony weekend w Poznaniu.

Zakładki razem z książką tworzą prawdziwą tarczę ochronną przed smutkiem lutowych dni.
Wystarczy tylko spojrzeć.

Czy nie robi się od razu lżej na sercu? :)
Moim osobistym faworytem jest grubiutka niebieska sowa. Wygląda na prawdziwego "mola" książkowego! :)

piątek, 3 lutego 2012

I co teraz?


I znowu nastał ten trudny okres... Każdą książkę, którą wezmę do ręki, odkładam z powrotem. Przeczytam 2 strony i odkładam z powrotem. Chyba zaczęło się od Krzesła do krępowania Harrison, za które w końcu się wzięłam po Nauczycielce muzyki. Pomyślałam, klimat podobny, no bo w końcu Chiny. Ale czytanie jej sprawia mi niemałą trudność.
A kiedy książka mnie nie zafascynuje od pierwszej strony, to zawsze staję przed dylematem: czy się pomęczyć i czytać dalej czy ją odłożyć i sięgnąć po następną. Sięgnęłam po Węzeł Leto. Trochę lepiej, ale też bez szału.
Co mnie niepokoi to fakt, że podjęłam się czytelniczego wyzwania, gdzie będę czytać własne książki. Ale kiedy patrzę na półkę czuję tylko przymus.
A książki, które chciałabym przeczytać? Krążą gdzieś po odległej galaktyce zwanej "mam pieniądze na wszystko i zakup kolejnych książek wcale nie będzie ekstrawagancją".
Czyli impas. Jak z niego wyjść?

wtorek, 31 stycznia 2012

"Nauczycielka muzyki" Janice Y. K. Lee

Nauczycielka muzyki to książka, która przenosi nas w świat blichtru i bogactwa wyższych sfer multinarodowego Hongkongu z okresu II wojny światowej.
Akcja powieści Janice Y. K. Lee toczy się w dwóch ramach czasowych połączonych ze sobą postacią Anglika Willa Truesdale’a. Okres przed i w trakcie wojny należy do miejscowej piękności Trudy o egzotycznych korzeniach, w której Will się zakochuje. Okres powojenny należy do Claire, nie wyrafinowanej prostolinijnej Angielki, która podejmuje pracę jako nauczycielka muzyki u jednego z miejscowych bogaczy. Obie historie przeplatają się ze sobą, a traumatyczne wspomnienia Willa nie dając mu spokoju, wpływają na jego relację z Claire. Ona też, z początku nieświadomie, daje się wciągnąć w tę trudną przeszłość swojego kochanka.

Nauczycielka muzyki to intrygująca książka, w której przejścia czasowe są tak płynne, jak powietrze w Hongkongu. Opisy autorki pozwalają wczuć się atmosferę tego jakże egzotycznego dla nas miasta i uwierzyć w opowiadaną przez nią historię, gdzie wojna odciska na ludziach najcięższe piętno i budzi najgorsze instynkty. Ja uwierzyłam.


Moja ocena: 6/10

Tytuł: Nauczycielka muzyki
Tytuł oryginalny: The Piano Teacher
Autor: Janice Y. K. Lee
Ilość stron: 416
Wydawnictwo: Albatros, Warszawa 2010

czwartek, 26 stycznia 2012

"Ale jestem skomplikowany..."

Kino Nowej Zelandii nie należy do tych najpopularniejszych, zwłaszcza kiedy nie reżyseruje Jane Campion czy Peter Jackson.
A kino tworzone przez rdzennych mieszkańców tej zielonej wyspy nadal uważane jest za co najmniej egzotyczne. Film Orzeł kontra rekin to niesamowita perełka, która powinna zachęcić wszystkich do odkrywania nowozelandzkiego kina.

Reżyserem jest Taika Waititi, twórca Maoryskiego pochodzenia, który stworzył bardzo zabawną i ciepłą historię. Bohaterami są Lily (Loren Horsley) i Jarrod (Jemaine Clement), dwoje outsiderów, którzy pewnego wieczora spotykają się na imprezie: on przebrany za orła, ona za rekina. Nie zdają sobie sprawy, że to spotkanie wywróci im życie do góry nogami. I jeszcze paru innym osobom...

Orzeł kontra rekin to film bardzo pozytywny, który pod przykrywką czasem dziwacznych i zabawnych sytuacji skrywa głęboką życiową mądrość. A czego ona dotyczy? Przekonajcie się sami!

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Z miłością w tle...

Już w piątek otrzymałam przesyłkę z mojej pierwszej książkowej wymianki. Niespodziankę przygotowała jolajka.

Zawartość paczki urzekła mnie całkowicie. Książki przeczytam z wielkim zainteresowaniem, szczególnie Węzeł Leto.
W kopercie znalazłam także herbatki o przeróżnych smakach, czekoladę do picia (pycha!), cukierki, które od razu zostały spałaszowane, piękną ręcznie robioną kartkę i niesamowite zakładki.



Moja paczka też już wywędrowała do Joli.Mam nadzieje, że spodoba jej się zawartość.

A ja już nie mogę doczekać się kolejnej książkowej wymiany!

Oto moje skarby:

Link

niedziela, 15 stycznia 2012

"Nie czas płonąć jaśminom, gdy kradną róże"


Niestety nie spodobała mi się ta książka. Sięgnęłam po nią z wielkim zainteresowaniem, bo była to moja nagroda z wygrywajki zorganizowanej przez Prowincjonalną nauczycielkę, a twórczość Anny Łaciny nie była mi znana, ale już po pierwszych stronach myślałam, że nie dotrwam do końca.
Kradzione róże opowiadają o losach dwóch sióstr, które całkiem odmiennie spędzają wakacje. Jaśmina wyjeżdża na wyprawę do Grecji z paczką znajomych, a Róża jak co roku udaje się na pielgrzymkę do Częstochowy. Róża poznaje tajemniczego chłopaka, z którym postanawia wybrać się w morderczą, jak się później okaże, trasę po całej Polsce. Żadna z nich nie spodziewa się, że te wakacje odmienią ich życie.
Historia Róży bardziej mi przypadła do gustu, gdyż była tam jakaś tajemnica, napięcie i oczekiwanie, co z tego wyniknie. Jednak przemyślenia i rozterki jej starszej siostry Jaśminy, bardzo mnie irytowały. Książka na pewno może być przestrogą dla rodziców i nastolatków, że nie każdemu można ufać, że najważniejsza jest rodzina, małżeństwo itd., ale jako powieść dla szerszej publiczności kompletnie się nie sprawdza. Jeżeli nie jesteś nastolatkiem albo rodzicem, tylko gdzieś pomiędzy Kradzione róże nie są dla ciebie. Łacina za moralizatorsko podeszła do sprawy, wciskając gdzie nie gdzie lekcje religii.Dobrnęłam do końca, ale uważam, że nic by się nie stało, gdybym przerwała czytanie już na samym początku.

Na koniec dwa intrygujące opisy z książki:
"Miał minę jak pies, który samodzielnie wytropił zająca..."
"Pociąg wlókł się, jakby ciągnęły go ślimaki..."

Moja ocena: 3/10

Tytuł: Kradzione róże
Autor: Anna Łacina
Ilość stron: 345
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...