Nicolas Cage wybitnym aktorem jest. Wszyscy o tym wiedzą. Ale czy na pewno? Może jest on po prostu aktorem popularnym, który gra w dwóch filmach w ciągu roku i cały czas potwierdza, że grać nie przestanie. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie jakość filmów z jego udziałem, która według mnie z roku na rok maleje. Myślę, że na palcach jednej ręki można by zliczyć dobre filmy z Nicolasem Cagem, gdzie rola wymagałaby czegoś więcej, niż jednej miny i jednego uśmiechu, a scenariusz zapewniał widzowi nie tylko podstawową rozrywkę.
Kolejnym filmem do pokaźnej kolekcji tych nieudanych zalicza się Polowanie na czarownice. Reżyser Dominic Sena ukazuje losy dwóch krzyżowców-dezerterów, Behmana (Nicolas Cage) i Felsona (Ron Perlman) którzy buntując się przeciwko Kościołowi nie chcą już zabijać niewiernych. Ale Kościół ma dla nich kolejne zadanie, które wymaga większej odwagi, niż śmierć na polu bitwy. Muszą przewieźć do klasztoru kobietę posądzoną o czary i wybuch epidemii, aby tam mogła zostać osądzona i ukarana. Nikt ze śmiałków nawet nie przypuszcza, że ta wyprawa to tylko początek niekończącej się walki dobra ze złem.
Pomysł na film był interesujący, ale przewidywalność scenariusza psuje końcowy efekt. Jeżeli twórcy chcieli umieścić w filmie jakieś przesłanie na temat wiary i religii to kompletnie im się nie udało. Mamy przyziemną rozrywkę o demonach i rycerzach, mamy też „czarną śmierć” i jej ofiary, krucjaty i Kościół „polujący na czarownice”. Mamy także Cage’a- rycerza. To już wolałam Cage’a- czarnoksiężnika. Jedynie Claire Foy jako opętana dziewczyna i Ron Perlman jako Felson przekonali mnie do swoich postaci. Reszta wypada sztucznie i trochę na pokaz. Szkoda historii, która mogłaby zostać inaczej opowiedziana. Ale pana Cage’a nadal darzę wielka sympatią i pomimo wszystko obejrzę kolejny film z jego udziałem. Może będzie lepszy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz