wtorek, 4 października 2011

Czy twój szef to...?

Szefowie wrogowie Setha Gordona to trzech najgorszych szefów na świecie i ich udręczone "ofiary". Dla naszych głównych bohaterów jedyną nadzieją jest zlikwidowanie Dr Harris-przebiegłej nimfomanki, Bobby'ego Pellita- rozwydrzonego narkomana bez skrupułów
oraz Dave'a Harkena- pana i władcę swoich pracowników.
Ten karkołomny pomysł zostaje wcielony w życie, ale nasi bohaterowie nie spodziewają się nagłych zwrotów akcji i zaskakującego zakończenia. Film Gordona faktycznie momentami zaskakuje, a uśmiech sam ciśnie się na usta, bo role Aniston, Spacey'a czy Farrella są karykaturalne, ale czy nie są także bardzo prawdziwe?

Prawdziwa komedia dla tych, którzy nie cierpią swoich szefów oraz dla tych, którzy swoim pracodawcom nie mają nic do zarzucenia.

czwartek, 29 września 2011

I muzycznie...



Z niecierpliwością czekam na premierę kolejnej płyty Florence and the Machine "Ceremonials". Tymczasem od kilku dni zasłuchuję się w ich najnowszym utworze pt. "What the water gave me". Cały album ma być inspirowany twórczością mojej ukochanej malarki Fridy Kahlo. Jej twórczość jest niesamowitą inspiracją. W końcu na jej cześć moja kicia wabi się Frida :) "What the water gave me" ma być zainspirowany obrazem Kahlo pod takim samym tytułem (po polsku tytuł tłumaczony także jako "Co zobaczyłam w wodzie").

sobota, 24 września 2011

"The end of Mr. Y" Scarlett Thomas

The end of Mr. Y lub też Koniec pana Y w polskiej wersji to książka bardzo obszerna. Nie tylko wielkościowo, ale także merytorycznie. Czytelnik znajdzie tu wszystko: miłość, seks i śmierć, ale również podróże w czasie, czytanie w myślach i ogromną ilość wiedzy z zakresu fizyki kwantowej, homeoterapii czy religii. Teorie wielkich myślicieli przeplatają się z tak przyziemnymi przypadłościami, z którymi człowiek musi się borykać na co dzień jak głód, zimno, strach czy tęsknota.
Z tym wszystkim właśnie boryka się główna bohaterka, Ariel, dziewczyna o niesamowitym umyśle, której wiedza o życiu i jego ciemnych stronach wykracza poza przeciętną. W pewnym momencie staje się posiadaczką bardzo rzadkiej i niebezpiecznej książki The end of Mr. Y Thomasa Lumas. Nad książką, krąży klątwa, której pierwszą ofiarą padł pewien znany Ariel wykładowca. Czy Ariel uniknie klątwy, znajdzie odpowiedzi na WSZYSTKIE pytania i odnajdzie szczęście? To trzeba po prostu przeczytać.
The end of Mr. Y pomimo swej długości, czyta się bardzo szybko i z rosnącym zainteresowaniem. Autorka trzyma nas w napięciu do ostatniej strony i tak jak Einstein w swojej teorii mówi, że wszystko jest względne. Czy naprawdę chcielibyśmy poznać myśli innych ludzi, ich wspomnienia i pragnienia? Czy, mając taką szansę, zmienilibyśmy bieg historii, wymazując z jej kart np. Hitlera? I czy będąc geniuszem możemy liczyć na szczęście, nie krzywdząc innych? Te i wiele innych pytań zadaje Scarlett Thomas, ale odpowiedzi musimy znaleźć już sami. Momentami myślałam o Cieniu wiatru Zafona, gdzie kolejna książka miała wielki wpływ na życie bohaterów. Na tym podobieństwa się kończą bo The end of Mr. Y jest wielkim traktatem filozoficznym, który daje do myślenia. Nie tylko o tym jak działa wszechświat.

Wielkie dzięki dla Zofii za udostępnienie swojego jedynego w swoim rodzaju egzemplarza The end of Mr. Y! :)


Moja ocena: 8/10

Tytuł: Koniec pana Y
Tytuł oryginalny: The end of Mr. Y
Autor: Scarlett Thomas
Ilość stron: 506
Wydawnictwo: Conongate Books Ltd., Edinburgh 2008

wtorek, 13 września 2011

Kiedy wypadnie ci prawy kieł...

Zanim jeszcze rozpiszę się o filmach Festiwalu Transatlantyk, muszę wyrazić swoje zdanie o greckim filmie Kieł. Dawno już nie widziałam tak strasznego filmu. Dziwi mnie jedynie to, że kiedy czytam jego recenzje wszyscy krytycy piszą, jaki ten film jest wspaniały, głęboki i "kapitalny" pomimo, że sami twierdzą, że zarazem jest straszny, odpychający i drastyczny. No to ja już sama nie wiem, bo jedno wyklucza drugie. Dobrze, że go zobaczyłam, bo przynajmniej mogę się teraz wypowiedzieć, ale myślę, że bym nie żałowała gdybym tego wszystkiego nie zobaczyła na ekranie. Bo namieszało mi to nieźle w głowie.
Małżeństwo z trójka prawie dorosłych dzieci, mieszka w wielkim domu, ogrodzonym wielkim płotem. Dzieci jeszcze ani razu nie wyszły poza teren posesji, którą żelazna ręka rządzi Ojciec. Dzieci są przez niego tresowane, karane i nagradzane w bardzo wymyślny sposób graniczący z sadyzmem. Ale Ojciec darzy dzieci miłością bardzo głęboką, szczególnie syna, który swoje seksualne potrzeby może zaspokoić, dzięki znajomej Ojca Christine. Ona jest jedynym łącznikiem dzieci ze światem zewnętrznym. I tu nasuwa się moje pierwsze pytanie, (a film przysporzył ich bardzo wiele), dlaczego Christine pozwalała takiej rodzinie istnieć, kiedy wiedziała jakie nią rządzą zasady? Dlaczego te dzieci, przecież już prawie dorośli ludzie, nie buntowały się i ani razu nie chciały wyjść poza teren domu? Dlaczego rodzice uczyli dzieci, że "cipka" to wielka lampa, a "kot" to straszny potwór, który mieszka za murami domu?
Natężenie absurdów w tym filmie, świadczy o wielkiej wyobraźni reżysera i scenarzysty, ale ja pytam, po co to wszystko? Niektórzy twierdza, że Kieł jest metaforą totalitaryzmu, że jednostkę możemy kształtować tak jak nam się żywnie podoba, szczególnie przez język, bo to wpływa na jej odbiór rzeczywistości. Niektórzy przywołują prawdziwe historie o ludziach zamkniętych w piwnicach i więzionych przez własnych rodziców. Nie wiadomo jakimi pobudkami kierowali się ci "rodzice". Tutaj Ojciec sam przyznał, że dba o to by nikt nie wypaczył charakterów ich dzieci. Jednak skutek takiego postępowania był drastycznie odwrotny. Mówi się, że media wypaczają charakter, ale brak mediów i kontaktu ze światem zewnętrznym prowadzi do deprawacji, absurdu i brutalności. I to wszystko w czterech ścianach pięknego, sterylnego domu.
Może to, co podoba się krytykom w tym filmie, to jego kontrowersyjność, to, że stawia więcej pytań, niż daje odpowiedzi. We mnie Kieł wzbudził same negatywne emocje i już po półgodzinie chciałam wyjść z kina, kiedy mi się to praktycznie nie zdarza, nieważne jak beznadziejny film oglądam. W tym przypadku było inaczej. Takie kino uważam za niepotrzebne i nic nie wnoszące do kinematografii. I nikt mnie nie przekona, że to taka trafna metafora nie wiadomo czego...

sobota, 10 września 2011

Transatlantyk 2011

Postanowiłam przenieść się nieco w czasie, do okresu beztroskich wakacji, gdzie w tym roku na początku sierpnia pracowałam jako wolontariusz na Festiwalu Filmu i Muzyki "Transatlantyk". Moja praca była związana z kinem plenerowym, a identyfikator wolontariusza dawał mi nieokreślone możliwości jeśli chodzi o wybór filmów, które chciałabym zobaczyć na festiwalu. Dlatego próbowałam korzystać z tej możliwości w jak największym stopniu. Szansa jaką dostałam oczywiście niosła ze sobą i negatywne odczucia. A mianowicie, uświadomiłam sobie, że z ponad 300 filmów wyświetlanych na Festiwalu, nie uda mi się obejrzeć wszystkich! No i o zgrozo, trzeba było wybrać tylko kilkanaście... Podczas tego filmowego tygodnia odkryłam, że jestem urodzonym strategiem i każdy wybór filmu był dogłębnie przemyślany. Z niektórych wyborów byłam bardziej zadowolona, z niektórych mniej, ale wszystkie filmy, które obejrzałam były wyjątkowe. I każdy nadal siedzi w mojej głowie. Tu na blogu, też będę musiała dokonać wyboru, o których filmach chciałabym napisać kilka słów. Nie każdy wybór będzie trafiony, ale na pewno jakoś strategicznie to rozegram :).Zacznijmy wiec od filmu, który najbardziej mnie rozbawił. City island to film o zwariowanej rodzince, w której sekrety i kłamstwa są na porządku dziennym. City island to nowojorska wysepka leżąca w pobliżu Bronksu. Tam od dziecka mieszka Vince Rizzo, głowa rodziny i strażnik więzienny. Kiedy jednym ze skazańców zostaje tajemniczy chłopak, Vince postanawia zabrać go do domu i przedstawić żonie, synowi i córce. Ta decyzja bezpowrotnie zaważy na ich wspólnym losie, a skrzętnie skrywane sekrety ujrzą światło dzienne.
Cała nić intrygi została skrupulatnie uknuta przez scenarzystę, aby na koniec filmu mieć swój wielki finał, który jest i zabawny i smutny równocześnie.
Warto zwrócić uwagę na Stevena Straita, który w City island mógł rozwinąć skrzydła, co nie było mu dane w takich filmach jak "Cena uczuć" (eng. "Undiscovered"- moim zdaniem porażka...) czy "10.000 BC". No i oczywiście wielki ukłon w stronę Andy'ego Garcii za rolę pana Rizzo, który postanawia naprawić błędy młodości, spełnić oczekiwania kłótliwej żony i na dodatek pozostać wierny swoim marzeniom. Uff, trudne zadanie.
Ale po obejrzeniu City island wszystko wydaje się możliwe :).

czwartek, 8 września 2011

Kalimera! czy coś w tym stylu....


Dziś w końcu udało mi się wybrać do kina z rodzinką. Późny seans, na dworze deszcz, a film Małe grzeszki od razu przeniósł nas w inny wymiar: nie tylko pogodowy.
Na małej greckiej wyspie, gdzie telewizor i plotki są jedynymi rozrywkami mieszkańców, dochodzi do tajemniczej zbrodni. Rozwiązanie tej zagadki, jak i porządek na wyspie leży w rękach policjanta, Leonidasa ("THIS IS SPARTA!!"), który zdaje się być jedynym zainteresowanym tą sprawą. Bo na wyspie czas płynie wolniej i we własnym rytmie. Nikt się nigdzie nie spieszy, a piekące słońce jedynie zachęca do odpoczynku.
Bardzo skromny, zabawny film (który nie wszystkim członkom rodziny przypadł do gustu), w sam raz na deszczowy wrześniowy wieczór.

"i carry your heart with me..."

Dawno mnie nie było na tym blogu, oj dawno!
Od 2008 roku wiele się zmieniło, ale teraz chciałabym użyć tego bloga, aby trochę popisać i podyskutować o najnowszych kulturalnych wydarzeniach, ostatnio obejrzanych filmach i przeczytanych książkach.
A tytuł tego posta pochodzi z wiersza e.e. cummingsa, który usłyszałam wczoraj na filmie Siostry (eng. "In her shoes") z Toni Colette i Cameron Diaz. Uwielbiam Colette, od czasu Wesela Muriel jestem jej cichą wielbicielką. Ma wielki talent, który pokazała w wielu filmach. No i pochodzi z Australii.
A propos Australii, oto kolejna osoba z Antypodów, na którą warto zwrócić uwagę. Jest nią Chris Hemsworth aka. bóg piorunów z filmu Thor.
Film, pomimo ogromnej ilości efektów specjalnych, wartkiej akcji i dziwnej konwencji sci-fi, w jakiej został pokazany Asgard, bogowie i ich stroje, naprawdę mi się podobał. Taki fajny film przygodowy z elementami mitologii, magii i nauki. I oczywiscie aktorzy: Anthony Hopkins jako Odyn, Stellan Skarsgard jako naukowiec ze skandynawskim zapleczem oraz Natalie Portman.
A Hemsworth ze swoim tubalnym głosem i mega mięśniami idealnie wpasował się w rolę porywczego boga. Nie mogę się doczekać Thora 2 :P

środa, 6 lutego 2008

Earendil
Beren
Luthien

piątek, 18 stycznia 2008

Vermillion


"And I start my day thinking about what I've thrown away"

środa, 5 grudnia 2007

One day a poppy said...


No one plants me, no one singles me out, I just grow. Anywhere, a delicate flower, scattered here and there; I bring delight to those who pick me, I bloom when I am left alone. I whisper to the mind, to the body, that it is so beautiful, inside, outside. I stand upright, I lean, I lie down. Place me on a heart and I'll make it throb. Brush me across lips and I'll make them blush.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...